Kocie sprawki kryminalne
Grubą przesadą wydaje się określanie twórczości L. J. Braun największym hitem od czasu Agathy Christie, albowiem jak wiadomo - królowa jest tylko jedna. Nie przeszkadza to jednak w czerpaniu przyjemności
z czytania tych niewielkich tomików z kotem, których nie odkłada się na potem! To takie kryminały retro (sięgające do lat 60-tych XX w.), w staroświeckim - można by rzec - stylu. Tu nie intryga, zbrodnia
i dedukcyjna działalność detektywa są na pierwszym planie, ale otoczka, tło, różne szczegóły i smaczki.
Tom 1 powinno się -jako kryminał - czytać "wspak". Właśnie nie jako kryminał, ale jako uroczą opowiastkę z niebanalnym kotem w roli głównej.
Dziennikarski wyga Jim Qwilleran podejmuje pracę w "Daily Fluxion" w dziale kultury. Na sztuce zna się jak kura na pieprzu, ale to nie przeszkadza w przeprowadzaniu wywiadów z lokalnymi artystami, których miesza z błotem krytyk sztuki, ekscentryczny George Bonifield Mountclemens III. Jim powoli "rozeznaje się w temacie" tutejszych układów, a traf chce, że wynajmuje mieszkanie od wyżej wymienionego znawcy malarstwa, rzeźby i innych artystycznych eksponatów. Ów jegomość zaprasza go na wykwintne posiłki, wykorzystuje do drobnych usług typu odebranie biletu z kasy, czy doglądanie mieszkania podczas wyjazdu i karmienie kota. Kota to za mało powiedziane! Wspaniałego syjama lubującego się w zapachu świeżej farby drukarskiej, "czytającego" tytuły wspak. Dystyngowanego acz zdolnego do szaleństwa osobnika imieniem Kao Ko- Kung, w skrócie Koko. Bieg wydarzeń sprawia, że Jim i kocur zaczynają ze sobą "współpracować" i zanosi się na dłużej ( wszak seria liczy ok. 30 tomów).
Kryminalnie rewelacyjnie nie jest, fakt. Rozwiązanie zagadki w sumie wyskakuje jak diabeł z pudełka, czy też jak Filip z konopi. Jakby się autorce przypomniało, że ktoś jednak musiał być mordercą... Czytelnik nie za bardzo ma pole do dedukowania z detektywem, którego na dobrą sprawę nie ma. Jeno dziennikarz i kot....
Fajne, lekkie do poczytania w pociągu, kolejce, czy normalnie w domowym zaciszu dla relaksu. Dla kocich sympatyków- koniecznie. Wadzą tylko niedostatki w korekcie.
Książkę wreszcie przeczytałam zmobilizowana sierpniową kategorią Trójki E -pik: powieść, w której jednym z bohaterów jest zwierzę.
Rozczarowanie nad Nilem

Gdyby to była pierwsza książka egipskiego pisarza, z jaką się zetknęłam, to Nadżib Mahfuz podzielił by los E. Jelinek i J. Le Clezio - noblistów, których omijam szerokim łukiem, nieomal spluwając przez lewe ramię.
"Opowieściami starego Kairu" byłam zachwycona, choć tylko I tom poznałam, zanurzyłam się po uszy w orientalnej kulturze, historii i kolorycie stolicy Egiptu, w opowieści o rodzinie, jej tradycjach i codzienności. Niestety, "Rozmowy nad Nilem" mnie rozczarowały.
Grupa przyjaciół spotyka się co noc na barce zacumowanej na rzece, by palić haszysz i dyskutować, czy raczej snuć swoje wizje i gadki o życiu, sztuce, uczuciach itp. Są wśród nich urzędnik, finansista, tłumaczka, aktor, dziennikarka, adwokat, krytyk sztuki. Inteligenci, który uciekają od rzeczywistości w narkotyczną krainę iluzji i ułudy. Nocna przejażdżka samochodem po pustyni okazała się być dla nich tragiczną w skutkach. Nie jest jednak do końca powiedziane, czy poniosą konsekwencje zdarzenia.
Momentami ładne, liryczne, ujmujące (np. "Jest kwiecień, miesiąc kury i kłamstw"), ale ogólnie nudne. Oniryczna, filozoficzna, psychodeliczna nieco atmosfera. Trudne do uchwycenia treści.
Nie chodzi o to, by krytykować utwór Laureata Nagrody Nobla 1988, po prostu nie podobał mi się.
Książkę wyciągnęłam z półki na użytek sierpniowej Trójki E -pik: powieść "afrykańska".
Dajcie mi spokój z Chmielewską! Kursa - to jest to!

Nic to, ze intryga kryminalna grubymi nićmi szyta, nic to, że wątek romansowy do przewidzenia - grunt, że całość jest zabawna, lekka i przyjemna i nie pretenduje do "bóg -wie-czego"
. Kraśnickie historyjki Małgorzaty J. Kursy są pisane gawiedzi ku uciesze i zgodnie z przeznaczeniem dostarczają rozrywki czytelnikom. Nie znajdziemy tam psychologicznej głębi, rozlewnych pejzaży, wydumanych "złotych myśli"
. Oczywiście wymagane jest od odbiorców poczucie humoru i brak
sztywności
, tudzież przymrużenie oka.
W tej części dowiadujemy się jak Ama poznała pewnego prokuratora i poznajemy tajemnicę, jaką skrywał inkrustowany stoliczek sprzedany przez przyszłą denatkę. Tytułowa teściowa, będąca teściową Izy, a mamą Pawełka (eks męża Luizy), występuje epizodycznie i w sumie jest nieszkodliwa. No chyba, że zabiera się za przekopanie grządek z liliami.... ;-)
Bawiłam się dobrze, czytałam głownie w łazience przy suszeniu włosów. Cieszę się, że jeszcze parę kursów z książkami M. Kursy mam przed sobą.
Książka przydała się do wakacyjnej edycji "Pod hasłem".