Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nobliści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nobliści. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 stycznia 2020

"Opowiadania bizarne" Olga Tokarczuk

Olga Tokarczuk, Opowiadania bizarne, Wydawnictwo Literackie, 2019

"Opowiadania bizarne" są doprawdy... dziwne. Podeszłam do tej książki bez uprzedzeń i oczekiwań. Po lekturze mam mieszane uczucia.
Zdecydowanie wolę Olgę Tokarczuk w dłuższych formach i raczej mam sentyment do dawnych książek niż potrzebę czytania wszystkiego, co wyjdzie spod pióra Noblistki, którą uwielbiam za całokształt, nie tylko literacki.
Tom zawiera dziesięć opowiadań, bardzo różnorodnych (każde z innej beczki, zarówno jeśli chodzi o  miejsce i czas akcji, jak i o tematykę) i  - w moim odczuciu - nierównych.
Nie każde wzbudziło moje zainteresowanie, niektóre owszem, ale były też takie teksty, które "przeciekły mi przez palce" jak czas poświęcony na ich czytanie. Po prostu ich treść nie bardzo mnie obchodziła, nie porwała. Nie zostaną mi w pamięci. Teoretycznie nic im nie można zarzucić ( są dobrze, sprawnie opowiedziane) oprócz braku wywołania emocji, efektu "wow". Do tych "nijakich" w moim odczuciu zaliczam głównie "Serce" (starsze małżeństwo, w tym on po przeszczepie serca, podróżuje po Azji, szukając - sensu życia? ) i "Prawdziwą historię" ( profesor obcokrajowiec świadkiem śmierci przechodnia, oskarżony staje się ofiarą, panika ucieczki)  - ich fabuła jest dość dramatyczna, ale jakby bez puenty, w sumie nie wiem sama, co dała mi ich lektura.
"Wizyta" (o takiej jakby rodzinie egonów/robotów/androidów?) oraz "Kalendarz ludzkich świąt" ( o masażyście Ilonie  i dziwnym bycie zwanym Monodikosem) to typowe science-fiction, ciekawe, dość wciągające, przyznam - choć niekoniecznie gustuję w tym gatunku. Skojarzyło mi się z Lemem, ale nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w tego typu literaturze, by odnieść się szerzej. Te opowiadania mogłyby by być zalążkami niezłych powieści, podobnie jak "Góra Wszystkich Świętych" z motywem klonowania i relikwii ( to z kolei "pachniało" mi prozą K. Ishiguro). Zdecydowanie tu wszystko zostało stłumione, forma ograniczała rozwinięcie wątków.
Najbardziej podobały mi się "Przetwory" (oj, chyba już zawsze będę myśleć o gąbce w sosie pomidorowym i grzypkach  przy kiszeniu ogórków) i "Szwy" (skarpetki rządzą ;-D ), może dlatego, że takie najzwyczajniejsze, ale bardzo klimatyczne, niemal jak kawałki z "Domu dziennego, domu nocnego".

Właściwie co my tu mamy... Trochę baśniowości ("Zielone Dzieci" i księżycowa kraina), trochę zwyczajności ( pełne rutyny życie owdowiałego staruszka - "Szwy"),  nieco historii, filozofii, religii, techniki, s-f... Klonowanie i ekologia. Mięso hodowane w inkubatorach i sterty plastiku pozostające na cmentarzysku świętych krów. Odwieczne pytania o sens życia, istnienie cierpienia  i zła. Poszukiwanie własnej tożsamości, samotność.
Kogel mogel.

W sumie trudno znaleźć coś, co łączyłoby wszystkie opowiadania. Ta tytułowa bizarność to trochę taka "naklejka", tak jak w ofertach handlowych ciągle czytamy "modna sukienka" "modny szal", "modne kalosze" - a każde innego stylu, fasonu, wzoru i koloru. Każdy tekst jest inny, dziwny na swój sposób. Albo i nie dziwny.
Szczerze, to ja tej zapowiadanej nieprzewidywalności i wzbudzanej grozy nie doświadczyłam, wytrącenia ze strefy komfortu też niespecjalnie.
Każdy ma jednak swoje własne pojęcie/poczucie dziwności, może całkiem inaczej odczytać te teksty.

Na pewno nie poleciłabym tej książki na pierwsze spotkanie z twórczością Olgi Tokarczuk i na pewno nie postawiłabym jej w gronie moich ulubionych zbiorów opowiadań. Cieszę się jednak, że miałam możliwość przeczytania tych opowiadań i wyrobienia sobie własnego zdania.
Zatęskniłam jeszcze bardziej do "Domu dziennego, domu nocnego" i  czekam za zupełnie nowe książki Noblistki.







poniedziałek, 2 września 2013

Kot, haszysz i teściowa, czyli minihurtownia jeszcze lipcowo -sierpniowa

 Kocie sprawki kryminalne
Grubą przesadą wydaje się określanie twórczości L. J. Braun największym hitem od czasu Agathy Christie, albowiem jak wiadomo - królowa jest tylko jedna. Nie przeszkadza to jednak w czerpaniu przyjemności
z czytania tych niewielkich tomików z kotem, których nie odkłada się na potem! To takie kryminały retro (sięgające do lat 60-tych XX w.), w staroświeckim - można by rzec - stylu.  Tu nie  intryga, zbrodnia
i dedukcyjna działalność detektywa są na pierwszym planie, ale otoczka, tło, różne  szczegóły i smaczki.
 Tom 1 powinno się -jako kryminał - czytać "wspak". Właśnie nie jako kryminał, ale jako uroczą opowiastkę z niebanalnym kotem w roli głównej.
Dziennikarski wyga Jim Qwilleran podejmuje pracę w "Daily Fluxion" w dziale kultury. Na sztuce zna się jak kura na pieprzu, ale to nie przeszkadza w przeprowadzaniu wywiadów z lokalnymi artystami, których miesza z błotem  krytyk sztuki, ekscentryczny George Bonifield Mountclemens III. Jim powoli "rozeznaje się w temacie" tutejszych układów, a traf chce, że wynajmuje mieszkanie od wyżej wymienionego znawcy malarstwa, rzeźby i innych artystycznych eksponatów. Ów jegomość  zaprasza go na wykwintne posiłki, wykorzystuje do drobnych usług typu odebranie biletu z kasy, czy doglądanie mieszkania podczas wyjazdu i karmienie kota. Kota  to za mało powiedziane! Wspaniałego syjama lubującego się w zapachu świeżej farby drukarskiej, "czytającego" tytuły wspak. Dystyngowanego acz zdolnego do szaleństwa osobnika imieniem Kao Ko- Kung, w skrócie Koko. Bieg wydarzeń sprawia, że Jim i kocur zaczynają ze sobą "współpracować" i zanosi się na dłużej ( wszak seria liczy ok. 30 tomów).
Kryminalnie rewelacyjnie nie jest, fakt. Rozwiązanie zagadki w sumie wyskakuje jak diabeł z pudełka, czy też jak Filip z konopi.  Jakby się autorce przypomniało, że ktoś jednak musiał być mordercą... Czytelnik nie za bardzo ma pole do dedukowania z detektywem, którego na dobrą sprawę nie ma. Jeno dziennikarz i kot....
Fajne, lekkie do poczytania w pociągu, kolejce, czy normalnie w domowym zaciszu dla relaksu. Dla kocich sympatyków- koniecznie. Wadzą tylko niedostatki w korekcie.

Książkę wreszcie przeczytałam zmobilizowana sierpniową kategorią Trójki E -pik: powieść, w której jednym z bohaterów jest zwierzę.

Rozczarowanie nad Nilem
Gdyby to była pierwsza książka egipskiego pisarza, z jaką się zetknęłam, to Nadżib Mahfuz podzielił by los E. Jelinek i J. Le Clezio - noblistów, których omijam szerokim łukiem, nieomal spluwając przez lewe ramię.
"Opowieściami starego Kairu" byłam zachwycona, choć tylko I tom poznałam, zanurzyłam się po uszy w orientalnej kulturze, historii i kolorycie stolicy Egiptu, w  opowieści o rodzinie, jej tradycjach i codzienności. Niestety, "Rozmowy nad Nilem" mnie rozczarowały.
Grupa przyjaciół spotyka się co noc na barce zacumowanej na rzece, by palić haszysz i dyskutować, czy raczej snuć swoje wizje i gadki o życiu, sztuce, uczuciach itp. Są wśród nich urzędnik, finansista, tłumaczka, aktor, dziennikarka, adwokat, krytyk sztuki. Inteligenci, który uciekają od rzeczywistości w narkotyczną krainę iluzji i ułudy. Nocna przejażdżka samochodem po pustyni okazała się być dla nich tragiczną w skutkach. Nie jest jednak do końca powiedziane, czy poniosą konsekwencje zdarzenia. 
 Momentami ładne, liryczne, ujmujące (np. "Jest kwiecień, miesiąc kury i kłamstw"), ale ogólnie nudne. Oniryczna, filozoficzna, psychodeliczna nieco atmosfera. Trudne do uchwycenia treści.
Nie chodzi  o to, by krytykować utwór Laureata Nagrody Nobla 1988, po prostu nie podobał mi się.

Książkę wyciągnęłam z półki na użytek sierpniowej  Trójki E -pik: powieść "afrykańska".

Dajcie mi spokój z Chmielewską! Kursa - to jest to! 
Nic to, ze intryga kryminalna grubymi nićmi szyta, nic to, że wątek romansowy do przewidzenia - grunt, że całość jest zabawna, lekka i przyjemna i nie pretenduje do "bóg -wie-czego". Kraśnickie historyjki Małgorzaty J. Kursy są pisane gawiedzi ku uciesze i zgodnie z przeznaczeniem dostarczają rozrywki czytelnikom. Nie znajdziemy tam psychologicznej głębi, rozlewnych pejzaży, wydumanych "złotych myśli". Oczywiście wymagane jest od odbiorców poczucie humoru i brak sztywności, tudzież przymrużenie oka.
W tej części dowiadujemy się jak Ama poznała pewnego prokuratora i poznajemy  tajemnicę, jaką skrywał inkrustowany stoliczek sprzedany przez przyszłą denatkę. Tytułowa teściowa, będąca teściową Izy, a mamą Pawełka  (eks męża Luizy), występuje epizodycznie i w sumie jest nieszkodliwa. No chyba, że zabiera się za przekopanie grządek z liliami.... ;-)
Bawiłam się dobrze, czytałam głownie w łazience przy suszeniu włosów. Cieszę się, że jeszcze parę kursów z książkami M. Kursy mam przed sobą.

Książka przydała się do wakacyjnej edycji "Pod hasłem".

niedziela, 28 kwietnia 2013

Zrozumieć Gordimer...("Ludzie Julya")

Mogłaby być koleżanką Doris Lessing. Są zbliżone wiekiem,  w mniejszym lub większym stopniu związane z Afryką, krytyczne wobec apartheidu, obie uhonorowano literacką Nagrodą Nobla. Jednak Nadine Gordimer, bo o niej mowa, jest o niebo mniej znana i popularna niż autorka m.in. "Złotego notesu"  i "Dwóch kobiet".  W czym  tkwi przyczyna? Czyżby południowoafrykańska pisarka tworząca w języku angielskim miała popaść w zapomnienie i stać się li tylko nazwiskiem na liście laureatów sztokholmskiej kapituły?

Kilka lat temu czytałam "Zrozumieć życie" tejże autorki. Zanotowałam wówczas następujące uwagi:
Główny bohater powieści, Paul Bannerman, jest ekologiem, mieszka i pracuje w Afryce, ma szczęśliwą rodzinę. Wydaje mu się, że panuje nad swoim życiem. Ma 35 lat, lekarze wykrywają u niego raka tarczycy. Po operacji zastosowano terapię radioaktywnym jodem. Paul musi odbyć swoistą kwarantannę, kontakt z nim stanowi zagrożenie dla innych. Rodzice podjęli decyzję, że syn zamieszka u nich, zachowując odpowiednie warunki higieny i bezpieczeństwa Paul może widywać się z żoną, synkiem i kolegami z pracy. Powraca myślami do „ogrodu dzieciństwa”. W życiu rodziny Bannermanów zachodzi wiele zmian. Matka- Lindsay rozlicza się z przeszłością, podejmuje decyzję o zaadoptowaniu murzyńskiej dziewczynki, nosicielki wirusa HIV. Adrian – ojciec Paula na emeryturze poświęca się swojej pasji – archeologii. Afryka stanowi tylko tło, nie ma tu opisów przyrody, przygód. Gordimer skoncentrowała się na tematyce życia i śmierci, wartości.  Narracja skonstruowana jest w ciekawy sposób: prowadzona trochę z zewnątrz, a trochę jakby oczami bohaterów. Rzadko spotyka się prozę tego typu. Ciekawostką jest dołączenie słowniczka użytych w powieści wyrażeń pochodzących z murzyńskich narzeczy.
Autorka podejmuje problem świadomości zagrożenia życia i zdrowia, reakcji i zachowań w ekstremalnych sytuacjach, pisze o podejmowaniu decyzji, ryzyka, o prawdzie oraz iluzji. Pojawia się wątek ekologii. Jest to trudna, psychologiczna proza, poruszająca ważne tematy. 

Choć była to niełatwa i specyficzna lektura, nie chciałam poprzestać na jednym tylko utworze noblistki. Nie spotkałam jednak jej innych książek na bibliotecznych półkach, nie polecano nic w mediach. Zresztą usilnie nie szukałam, wszak tyle innych pozycji  czekało do przeczytania Niedawno nakładem Wydawnictwa M ukazała się powieść "Ludzie Julya" (1981) toteż ochoczo się nią zainteresowałam. Czy był to trafny wybór?
(Wydawnictwo M, 2013, s. 208)

Ludzie Julya.... brzmi to tak, jakby ów July był jakimś szefem, bossem, kimś, kto ma władzę, zaś ci tytułowi 'ludzie' byli jego pracownikami, wyrobnikami, podwładnymi. Skojarzenia: mafijne rozgrywki, ludzie od "mokrej roboty"... Tymczasem to wcale nie tak. Paradoksalnie nie tak, gdyż chodzi tu o czarnoskórego mężczyznę i białą rodzinę, u której służył piętnaście lat. Służący panem? O co tu chodzi?
Otóż w okolicach miasta Soweto dochodzi do zamieszek. Wojenne zagrożenie zmusza białych mieszkańców do salwowania się ucieczką. Rodzina Smalesów - architekt Bamford, Maureen i ich trójka dzieci znajdują schronienie w wiosce Julya, ich służącego. Są tu pod jego opieką, w gościnie. Relacje pan- sługa ulegają zachwianiu. Biali muszą przystosować się do życia w spartańskich warunkach, bez wielu niezbędnych na co dzień rzeczy. Najlepiej wychodzi to dzieciom. Gina, Victor i Royce szybko zaprzyjaźniają się z miejscową dzieciarnią. Dorosłym ciężko jest pogodzić się z nietypową, wręcz ekstremalną dla nich sytuacją, niepewnością jutra i utratą znaczenia. Są uzależnieni od Julya, który choć uczynny i pomocny, stopniowo przekształca swą pozycję, zdobywając kluczyki do samochodu, umiejętność prowadzenia auta, pieniądze, przejmując w końcu pick-upa. Smalesom  ginie też ich jedyna broń. Niby nic złego im się nie dzieje, ale są na łasce czarnoskórego ludu. Są "ludźmi" swego sługi. Między młotem a kowadłem jeśli chodzi o sytuację polityczną, wojenną w tym czasie. 
Na linii Maureen - July dochodzi do spięć, padają pytania i odpowiedzi, które nie miałyby miejsca w normalnym świecie, w świecie sprzed przyjazdu do wioski w buszu. Kobieta sięga też do swoich wspomnień, gdy jako córka sztygara lokalnych kopalni przyjaźniła się ze służącą w ich domu Lydią. 
Gordimer skupia się na psychologicznych aspektach zmiany otoczenia i pozycji społecznej, zmieniających się relacjach biały - czarny, pan - służący w grząskiej rzeczywistości wojennej tułaczki. Stawia problemy warte rozważenia.
Szorstka to proza, ale dziwnie hipnotyzująca. Bardzo obrazowa w zakresie przedstawiania scen z życia mieszkańców wioski (np. wygląd chaty, zajęcia kobiet, opieka nad maluchami, zabawa przy gumba-gumba...), przemawiająca  w oddawaniu odczuć Maureen, prawdziwa. 
Zakończenie jest niedopowiedziane... Fabuła pozostaje w zawieszeniu, stagnacji, a dalsze losy bohaterów pod ogromnym znakiem zapytania. To nie splot wydarzeń był to na pierwszym planie, ale psychika i relacje postaci.
Zaintrygowały mnie rozpoczynające każdy z krótkich rozdziałów koła, przedstawiające kolejne fazy księżyca - od pełni po nów. Zapewne nie dla ozdoby je tak umieszczono. Oznaczają nie tylko upływ czasu, mierzonego w warunkach naturalnych bez elektronicznych gadżetów, ale i pewien cykl przemian w życiu bohaterów. Co więcej, w świetle wydarzeń, do tytułowego Julya doskonale pasują słowa piosenki E. Adamiak "...rzeczywiście tak jak księżyc, ludzie znają mnie tylko z jednej (...) strony...". Wierny i oddany sługa ma też inne oblicze, własne życie, rodzinę, ambicje i plany. Nie zawsze będzie tym, komu oddaje się niepotrzebne sprzęty i podarowuje zużyte drobiazgi. On też chce bowiem być kimś, kto ma władzę...

Tej liczącej niewiele ponad dwieście stron nie przeczytałam od razu. Dawkowałam ją sobie po trochu, nie dlatego, bym się nią delektowała, a raczej z powodu jej specyfiki - niełatwa to bowiem proza, wytrawna, szorstka, poważna. Na swój sposób jednak przyjemna, zapadająca w pamięć, wartościowa. Odmienna w swej scenerii i tematyce.

Na okładce widnieje hasło: "Afrykański adca much". Niestety, nie potrafię się wypowiedzieć, co do jego trafności, gdyż nie czytałam wspomnianej tu powieści W. Goldinga. Podejrzewam, że porównanie opiera się na tym, iz obie książki traktują o mechanizmach społecznych, żądzy władzy i degradacji wartości.
Zgadzam się natomiast w pełni z określeniem "światowa proza".

Czy sięgnę jeszcze kiedyś po twórczość Gordimer? Czemu nie... Zdecydowanie jednak muszę sporo odczekać, by przetrawić te powieść i nabrać ochoty na ponowne spotkanie z literaturą trudną, poważną i zaangażowaną.
 
 



W  afrykański świat wraz z Julyem rodziną Smalesów wybrałam się dzięki uprzejmości Wydawnictwa M. 




wtorek, 19 marca 2013

Cztery opowiadania jednej noblistki ("Dwie kobiety" D. Lessing)


D. Lessing, Dwie kobiety,
Wielka Litera 2013
Niedawno zostałam zapytana, co z twórczości Doris Lessing poleciłabym na początek komuś, kto do tej pory nic jej nie czytał, a chciałby spróbować. Opierając się na moich dotychczasowych spotkaniach z książkami noblistki (a było ich wówczas tylko siedem), zaproponowałam te, które podobały mi się najbardziej oraz wydały mi się najodpowiedniejsze na pierwszy raz - "Szczelinę" oraz "Opowieści afrykańskie". Polecałam także "Piąte dziecko" i "Podróż Bena", te dwie najlepiej w tej  kolejności. Dziś moja odpowiedź brzmiałaby inaczej. Na pierwszy ogień bowiem zaproponowałbym świeżo wydane "Dwie kobiety" - zbiór czterech opowiadań, czy mikropowieści, podejmujących charakterystyczną dla pisarki problematykę, dość różnorodnych, napisanych kunsztownie a zarazem przystępnie dla każdego, nawet nieobytego z dorobkiem tej autorki czytelnika.
Nie ukrywam, że Doris Lessing należy do grona moich ulubionych  pisarek, bardzo chciałabym w miarę możliwości zapoznać się z jak największą liczbą jej utworów, choć wiem, że trzeba je sobie racjonalnie dawkować, bo do najlżejszych się one nie zaliczają.  Z dużą ciekawością zabrałam się do lektury najnowszej książki noblistki, i choć potrzebowałam na nią nieco więcej czasu niż przeciętnie poświęcam na czytanie, stwierdzam, iż było warto!

"Dwie kobiety" (tytuł oryginału "The Grandmothers") wpisują się w nurt prozy psychologiczno- obyczajowej, krążącej wokół spraw ludzkiej natury, skomplikowanych relacji, trudnych uczuć i niełatwych wyborów. Wśród poruszanych tematów można wymienić różnice międzypokoleniowe, społeczne i rasowe; granice poświęcenia się, normy obyczajowe, konsekwencje upadku tradycji i wartości, a także tragiczne ludzkie losy będące wynikiem wojen. Lessing mistrzowsko kreśli sceny i obrazy, rysuje sytuacje. Nie ocenia, nie poucza, nie feruje wyroków. Stawia przed czytelnikiem pytania, które nurtują głęboko. Podsuwa problemy do rozważań i prowokuje do dyskusji.

Tytułowe opowiadanie oparte jest na retrospekcji. Najpierw obserwujemy sielską rodzinną scenkę w nadmorskiej restauracji, gdzie goszczą dwie starsze panie, ich synowie i wnuczki. Zakłóca ją przybycie roztrzęsionej żony jednego z mężczyzn z plikiem listów w garści. "Co jest z nimi nie tak?" pytamy w myślach razem z kelnerką Theresą, a autorka przenosi nas do czasów, gdy Roz i Lili były małymi dziewczynkami i opowiada pełną zawirowań historię ich życia... Gdy już wszystko wiadomo, rodzi się dziwne poczucie, bo niby nie ma w tym nic zdrożnego, ale jakże to tak...? Czy nadal w naszym współczesnym rozwydrzonym świecie granicą uczuć są konwenanse a różnica wieku stanowi barierę nie do pokonania?
Na podstawie tej opowieści Anne Fontaine wyreżyserowała  film "Two Mothers" z Naomi Watts i Robin Wright w rolach głównych. Ciekawe, czy twórcom adaptacji uda się odtworzyć gęstą atmosferę i emocje bohaterów wykreowanych przez Doris Lessing.

"Wiktoria i Staweneyowie" to opowieść utrzymana w porządku chronologicznym, dość przygnębiająca i smutna. Oto dzieje czarnoskórej dziewczyny, dla której bieda, choroba i śmierć bliskich były tym, czego doświadczyła w nadmiarze. Ambitna Wiktoria jednak jakoś ułożyła sobie życie, choć nie bez trudów i wyrzeczeń. Ma szansę zapewnić swojej córce lepszą przyszłość. Rodzina Staweneyów - bardzo liberalna, ale "biała" - przyjmuje małą Mary z otwartymi ramionami. Kobieta jednak czuje, że ona i oni należą do dwóch różnych światów... Ciekawa, pełna emocji i wzruszeń historia.

Dzieje rozwoju i upadku fikcyjnej cywilizacji zbudowanej przez plemiona Rodytów to z grubsza rzecz biorąc treść noweli "Przyczyna". Spisana przez mędrca, ostatniego przedstawiciela Rady Dwunastu, historia Miast stanowi nie tylko pamiątkę przeszłości, ale i  przestrogę dla potomnych. Przedstawia różne modele władzy oraz typy panujących, wśród których bywają zarówno despoci jak i głupcy. Opowiadanie ma postać paraboli. W moim odczuciu znakomicie korespondują z tym tekstem słowa z wiersza "Do młodych"A. Asnyka: "Każda epoka ma swe własne cele /I zapomina o wczorajszych snach.../Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, /Choć macie sami doskonalsze wznieść; /Na nich się jeszcze święty ogień żarzy/ I miłość ludzka stoi tam na straży/ I wy winniście im cześć!"


Ostatnie, najdłuższe opowiadanie -"Dziecko miłości" stanowi znakomity materiał na film, byłby to dramat obyczajowy z romansem na wojennym tle. James Reid, miłośnik poezji, uczestnik Letniej Szkoły Młodych Socjalistów zostaje powołany do wojska. Trwa II Wojna Światowa. Kontyngent okrętem wysłany do Indii zawija do Kapsztadu, tam żołnierze mają kilka dni na podreperowanie zdrowia i biesiadowanie. James poznaje tam Daphne, żonę angielskiego kapitana armii. Jedna noc zdaje się zaważyć na dalszym losie młodzieńca. Niewysłane listy, niespełnione nadzieje... Trudno jednoznacznie ocenić to, co się wydarzyło. Oprócz warstwy "melodramatycznej" opowiadanie ma wyraźną wymowę pacyfistyczną.


Cztery historie, każda inna, a każda przykuwająca uwagę. Wspólny mianownik stanowią trudne sytuacje, w jakich znaleźli się bohaterowie, wystawieni na próbę uczuć. Gdybym miała wskazać spośród tych opowiadań swojego faworyta, wahałabym się między tytułowym, które mnie mocno zafrapowało, a "Przyczyną", ze względu na odmienność, dość nietypową tematykę i ujęcie. Najmniej podobało mi się ostatnie, które nieco mnie znużyło z racji swych polityczno-wojennych fragmentów. Ogólnie jednak lektura całego tomu dostarczyła mi czytelniczej satysfakcji. Przekładowi Bohdana Maliborskiego nic zarzucić nie mogę.

Chciałabym też wspomnieć krótko o estetyce wydania. Twarda oprawa, okładka utrzymana w szarościach i bielach, kilka wybranych linijek (np. tytuł) wytłoczonych w kolorze starego złota - całość prezentuje się znakomicie, elegancko i zarazem skromnie. 

Starałam się być obiektywna, choć w przypadku ulubionych autorów różnie to bywa, ale mam nadzieję, że mi się udało. Nie namawiam usilnie do czytania Lessing, jeśli komuś z nią wybitnie nie po drodze.  Jednakowoż z całym przekonaniem mogę polecić "Dwie kobiety" wszystkim entuzjastom jej twórczości oraz tym, którzy chcą jej spróbować sięgając po coś w miarę reprezentatywnego i przystępnego.



Za możliwość przeczytania  książki Doris Lessing
serdecznie dziękuję 
Wydawnictwu Wielka Litera


niedziela, 3 marca 2013

...dosięgnąć istoty kociości...

W moich zapiskach nie może zabraknąć wzmianki o przeczytanej niedawno przeze mnie książce Doriss Lessing "O kotach" (On Cats, 1967).

Noblistka okazuje się znakomitą obserwatorką i znawczynią świata kotów, ich zachowań i interakcji z ludźmi. W swojej gawędzie przywołuje historie związane z afrykańską farmą jej rodziców, a także te z czasów londyńskich. Opowiada o szarej i czarnej kotce - o ich macierzyństwie i rywalizacji, o "balkonowym" rudzielcu i majestatycznym Butchkinie (El Magnifico). O kociej hierarchii, sposobach komunikowania się, sprycie, wytrwałości, wierności, a także umiejętności symulowania. Wśród wspomnień są też te smutne, trudne, okrutne, złe. O eksterminacji zwierząt, chorobie, cierpieniu. Obok ogromnego podziwu i fascynacji kotami, u Lessing można wskazać opanowanie, dystans i "zimną krew", pogodzenie się z prawem natury, które nieraz niełatwo przyjąć do wiadomości.

W ostatnim akapicie opowieści autorka mówi o kocie, który domagał się pełnej uwagi, nie pasowało mu, gdy jego pani głaszcząc go, sięgała po książkę, czy rozmyślała, wtedy odchodził.
"Kiedy siadam, aby z nim być, muszę jednocześnie zwolnić tempo, usunąć z myśli wszystkie zmartwienia i pilne obowiązki. Jeśli mi się to uda, a i on będzie w odpowiednim nastroju ( nie będzie go dręczył ból ani niepokój) wówczas delikatnie da mi znać, że wiem jak bardzo staram się do niego dotrzeć, dosięgnąć samej istoty jego kociości, znaleźć to, co w nim najlepsze. Razem - człowiek i kot -próbujemy pokonać to, co nas od siebie dzieli."(s.192)  
Odniosłam wrażenie, że nieustającej w próbach poznania i zrozumienia kociej natury Doris Lessing, ta sztuka udała się całkiem nieźle, oczywiście na tyle, na ile to możliwe. Na czym polega istota kociości? Powiem tak: kto wie, ten wie. Albowiem jak rzekł Oscar Wilde:"Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los." Ci drudzy nie wiedzą, co tracą.

Uważam, że "O kotach" nie jest zbyt dobrą propozycją na początek zapoznawania się z twórczością noblistki, nie jest bowiem charakterystyczna dla niej, ani nie jest szczególnie kunsztowna literacko. Ot, garść wspomnień z kotami na pierwszym planie. Przypuszczam, iż ta gawęda okaże się bardziej interesująca dla miłośników kotów niż dla pozostałych czytelników. 
Dla mnie była to już siódma pozycja pióra Lessing, po jaką sięgnęłam, i na pewno nie ostatnia. 

Doris Lessing, O kotach, Prószyński i S-ka 2010


czwartek, 6 października 2011

Nobel, zakupy i zakręt

Wszyscy już zapewne wiedzą, że Literacka Nagroda Nobla przypadła w tym roku poecie. Cóż, że ze Szwecji? (Nie, nie, nic nie sugeruję, po prostu bardzo lubię ten trudny do wypowiedzenia zwrot.) Tomas Tranströmer - to nazwisko dziś często padało z radiowych głośników, widniało na paskach informacyjnych telewizji i w serwisach internetowych. Wiele osób na pewno szeroko otworzyło oczy, nadstawiło uszu, zebrało szczękę z podłogi i  zadało pytanie: Kto to jest? Jak to, nie wiecie, kto to??? Ja codziennie czytam czytam jego wiersze do poduszki! ;-)

Żartowałam. Też nie znam jegomościa, twórczości znaczy się, ale jego nazwisko gdzieś mi się obiło o uszy. Być może w kontekście Nobla dla Szymborskiej (ponoć wówczas był głównym kontrkandydatem). Sporo osób trzymało kciuki za Murakamiego,  ja też, choć  wcale nie obraziłabym się za polskiego laureata. Czy ten werdykt był słuszny? Dyskusję na ten temat zapoczątkowała koleżanka Futbolowa tutaj. A co ja o tym sądzę?
Ufam, że Akademia Szwedzka wie, co robi. To loża ekspertów. Oni decydują, komu przypadnie splendor i bagatela, 10 milionów koron szwedzkich. Czy byli lepsi kandydaci? Pojęcia "lepszy", "gorszy" - w kontekście literatury - są bardzo względne. Szczególnie nie można wykazać wyższości prozy nad poezją i odwrotnie. Poezja to raczej nie moja działka, w dodatku utworów Transtromera nie znam, nie mnie oceniać. Gratuluję szacownemu i sędziwemu Laureatowi. Spróbuję zerknąć chociaż na jego twórczość. Z ciekawości. Być może do mnie trafi, a może wcale. Kto wie, sprawdzę to. Nie sposób znać wszystkich twórców świata, dzięki Nagrodzie Nobla słyszymy o tym lub owym, wcześniej nam nie znanym. Tak odkryłam Doris Lessing, którą pokochałam i J. Le Clezio, który okazał się dla mnie niestrawny. Jak wiadomo, de gustibus non est disputandum. 
 Utwory T. Tranströmera możemy przeczytać na stronie poema.art.pl.
O Literackim Noblu 2011 posłuchamy dziś w "Trójce pod księżycem" , o północy. Zerknijcie tutaj.

*** 
"Pieniądze szczęścia  nie dają. Dopiero zakupy" - mawiała Marylin Monroe. Zgadzam się i dodam: zwłaszcza zakupy dla dziecka. Wyskoczyłam dziś na chwilę na miasto z zamiarem kupienia czegoś, na co się nie zdecydowałam w piątek. Taki był fajny smok(dinozaur?)z gryzakami, grzechotkami poprzyczepianymi do łapek. Oczywiście tego już nie było (po raz kolejny mam nauczkę, że jak coś fajnego i przystępnego, to trzeba brać od razu), ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Albowiem napatoczyło się śliczne odzienie dziecięce na zimę, kurteczka i ogrodniczki w kolorze koralowym. Do tego kilka pomniejszych drobiazgów, w tym bamboszki, które grzechoczą, jak dziecię nóżkami porusza. cud, miód i grzechotki! Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko ;-)

***
W wyniku pewnego zakrętu losu moje najbliższe plany czytelnicze mogą ulec zmianie i niespodziewanie lektura wyczekiwanych "Szelmostw..."Llosy może przesunąć się w czasie. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Zresztą - okaże się w praniu.
Jutro idę do fryzjera. Sto lat już nie byłam, czas na zmiany. Trzymajcie kciuki, aby były pozytywne....

Tymczasem zanim zacznie się audycja o Nagrodzie Nobla na Trójce,
posłucham sobie "Bielszego odcienia bluesa" i "zamyślę się w zieleni", etap chyba już szósty ( razem ma być 10).... Zdecydowanie wolę konkursy o krótszym przebiegu.
Pa, pa!

Moja lista blogów