Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza współczesna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 października 2025

"Doll story"

 

Opublikowane 16.03,2023 na stronie fb magazynu Życie i Pasje

\\/ DOLL STORY - PRZYJACIELE, MASKOTKI, ZABAWKI I GRY....\///

Z ogromną przyjemnością przedstawiam trzecią powieść, jaka wyszła spod pióra Michała Pawła Urbaniaka, prozaika, krytyka literackiego, nauczyciela kreatywnego pisania. Już od debiutu autor postawił sobie wysoką poprzeczkę i wydaje mi się, że wspina się coraz wyżej na drabinie literatury pięknej. Nadal porusza trudną tematykę, kreuje niejednoznaczne postaci i mroczną atmosferę, wywołuje w czytelniku burzę emocji i prowokuje do dyskusji. Ciekawą fabułę ubarwia książkowymi nawiązaniami. Udowadnia, że jest znakomitym obserwatorem, który potrafi z niezwykłą wrażliwością, szczerością i odwagą ukazać prawdę o ludzkiej naturze, niepozbawionej wad i ciemnych stron.

“Poruszająca powieść o dotkliwej samotności w rodzinie i ciągłej grze pozorów ” – ten napis na okładce jest adekwatny do treści, nie stanowi tylko chwytliwego hasła jak to nieraz bywa w wydawniczym świecie, ale doskonale oddaje charakter tej książki. Trudno wręcz o lepsze jej podsumowanie.

Doll story to także opowieść o toksycznych relacjach, wadach i niedoskonałościach, o współczesnej rodzinie, kontrowersyjnym projekcie społecznym, niezaspokojonej potrzebie przyjaźni i akceptacji oraz o tym, jak wielką moc mają słowa, które mogą ranić, niszczyć, kreować i fałszować rzeczywistość.

Jest to historia rodziny Rajchertów, która – w ramach kontrowersyjnego projektu społecznego i prezentu dla syna – przyjmuje pod swój dach Mariusza, dając mu nie tylko przysłowiowy wikt i opierunek, ale także pensję i wychodne oraz szansę na spełnienie marzeń, karierę, lepszą przyszłość. Młodzieniec ma być “maskotką”, przyjacielem na zawołanie, przyszywanym członkiem rodziny, niemalże “drugim synem”. Jego pojawienie się zmienia (niekoniecznie na lepsze) napięte relacje w domu, wizja wspólnego życia szybko przestaje być sielankowa.

Trzeba wspomnieć, że Rajchertowie nie są standardową familią. Nastoletni Wolfgang, w dzieciństwie przeszedł ciężką chorobę, uczy się w domu, nie wychodzi, nie ma znajomych, żyje pod kloszem. Czuje się samotny i nieszczęśliwy, porzucił grę na fortepianie, ucieka w książki, okopał się na swojej pozycji i niewiele czyni, by uwolnić się z tego “więzienia” (które po części sam sobie stwarza i nieźle się w nim urządza – dlaczego?).

Jego matka, “generał Rajchert”, z wykształcenia historyk, zawodowo zajmuje się genealogią, jest apodyktyczną tyranką, pełną żalu i frustracji z powodu niespełnionych ambicji pokładanych w mężu i synu. Ojciec zaś to były pianista, swoje frustracje topiący w kieliszkach wina.

Postaci trudno obdarzyć sympatią, nawet współczucie – po pewnych scenach – przychodzi z trudnością. Najciekawsza wydaje się postać matki. O ile można zrozumieć nadopiekuńczość wobec jedynaka po ciężkich przejściach ze zdrowiem, to trudno pojąć, że zamiast mu nieba przychylić, rodzicielka stawia mu ciągle wymagania, rozkazy i zakazy, a nawet zabrania ulubionej gry w “chińczyka”. Skąd wzięła się taka postawa “generał Rajchert”? Czy zmieni się w obliczu pewnych wydarzeń ?

Każdy z bohaterów ma swoje za uszami, każdy gra – i nie chodzi tu o fortepian. W tej ciągłej grze pozorów łatwo się zagubić i stracić ostatnie karty. Tu wszyscy, moim zdaniem, przegrali.

Ważną rolę w fabule odgrywają książki. Znajdziemy wiele pośrednich i bezpośrednich odniesień do literatury (m.in. do twórczości Agathy Christie, w której zaczytuje się Wolf i “zaraża” tą pasją Mariusza, do Ani z Zielonego Wzgórza, Dobrej pani Orzeszkowej, wiersza Iłłakowiczówny Samotność). Warto przyjrzeć się cytatom użytym w charakterze motta do poszczególnych części i całości książki – doskonale określają wydźwięk treści.

Istotny jest także motyw muzyki, która rzutuje na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość bohaterów dając im (czyżby złudną?) szansę na karierę, sławę, “bycie kimś”.

Doll story to książka, która już po kilkudziesięciu stronach stawia przed czytelnikiem pytania, zasiewa ziarno moralnego niepokoju i nie odpuszcza aż do końca.

Dlaczego on/ona tak się zachowuje? Jaka motywacja kryje się za takim postępowaniem? Co by było, gdyby podjąć inną decyzję? Jak my zachowalibyśmy się w danej sytuacji?

Często powtarzamy, że jakaś książka daje do myślenia, ale w tym przypadku jest to niemal zmuszanie do intensywnej burzy pytań, myśli, refleksji. Do przekładania fikcyjnej historii na rzeczywiste sytuacje, jakie znamy z autopsji, obserwacji, czy ze słyszenia. Wreszcie – do dyskusji.

Zwłaszcza, że jest to opowieść mocno uniwersalna – o tym, jak traktujemy siebie nawzajem w różnych relacjach (rodzinnych, szkolnych, społecznych itp.); nie tylko o “maskotce”, ale o marionetkach, figurkach, zabawkach (w sensie przenośnym i dosłownym – mam tu na myśli pamiątkowe pudło z pokoju Wolfganga) i maskach, jakie przywdziewamy w teatrze życia. Tytuł Doll story pasuje do tej wielowymiarowej powieści idealnie.

Najnowsza książka Michała Pawła Urbaniaka to dojrzała, mądra, emocjonalna, przekonująca proza zawierająca smutny i gorzki portret rodziny, w literacko muzycznych kontekstach. Ta solidna porcja dobrej lektury z mocnym przekazem usatysfakcjonuje niejednego czytelnika, podobnie jak poprzednie powieści: Lista nieobecności i Niestandardowi.

Nie wątpię, że autor jeszcze nieraz nas zaskoczy ciekawą historią i na pewno nie obniży literackiego poziomu, ale ciekawa jestem jak poradziłby sobie w lżejszym gatunku. Niezależnie jednak od tego, co nam napisze, trzymam kciuki za jego pisarskie sukcesy.

Agnieszka Grabowska

materiał chroniony prawami autorskimi

Wydawnictwo Mova

Autor: Michał Paweł Urbaniak

Tytuł: Doll story

Liczba stron: 520

Data wydania: 8 marca 2023

ISBN: 978-83-8321-192-3


środa, 16 sierpnia 2023

"Żaden koniec" Zośka Papużanka

 

Wydawnictwo Marginesy, 2023


Na książki Zośki Papużanki czekam zawsze z niezachwianą pewnością, że kolejna historia zaskoczy mnie tematem i sposobem  opowiadania, a jednocześnie znajdę tam to, co w jej stylu lubię i cenię. Nieprzewidywalność. Grę konwencjami literackimi. Piękny język. Ironię. Tym razem dostałam wszystko z nawiązką. Tylko zupy kminkowej nie mogę przeboleć, bo nie znoszę tej przyprawy.

"Żaden koniec" to niby ma być historia o śmierci, a jest o życiu. Ma wielu narratorów. Wielu bohaterów. Składa się z kawałków tak jak puzzle, o których zresztą mowa na początku. Albo jest jak wyszywana serweta, jak wyhaftowany wzór, który często się powtarza, a czasem plączą się nitki.

Zaczyna się w sumie zwyczajnie. Niedzielny poranek, kot sępi żarcie. Jakub wyjeżdża z domu, po drodze dowiaduje się, że jego babcia umarła. Poznajemy Helenkę, synową zmarłej. Widzimy babcię u zakonnic. Cofamy się do czasów, gdy Krystyna  była pięcioletnią dziewczynką, która uciekła z domu. Skaczemy do opowieści Marty, wspominającej swoje i brata dzieciństwo. W międzyczasie Jakub na kolacji u kuzynki Justysi wspomina czas, gdy jako dziecko musiał na kilka dni zostać u babci. I dalej w ten deseń, przechodzimy od postaci do postaci, dostajemy fragmenty, wybrane karty z rodzinnego albumu, pełnego niedopowiedzeń i tajemnic.
Czasem odzywa się "wszystkowiedzący nieczuły narrator po teatrologii" - i to jest właśnie papużankowy styl, który uwielbiam.

W powieści jest taki moment, gdzie matka mówi do córki, że już jej więcej nic nie powie, bo ta przecież książki nie będzie pisać. Zarzuca jej, że nie umie przyprawiać i w tej książce byłoby nie po kolei. I tak właśnie jest!
Próżno tu szukać chronologii wydarzeń, czy szczegółowych wyjaśnień.
Czytelnik musi sobie to wszystko poukładać, ogarnąć wszystkie koligacje, stopniowo i właściwie od końca poznaje historię Krystyny, obrazki/scenki z życia jej dzieci i wnuków.
Powstaje taki patchwork, rodzinna makatka, wyszyta nieco krzywo, z załataną dziurą, gdzieniegdzie rozpruta.

Smutna i pełna goryczy, ale niepozbawiona poczucia humoru i okruchów ciepła, jest ta historia.
Historia o życiu i śmierci, o końcu i początku, o pamięci i niepamięci, o szukaniu miłości, o radzeniu sobie (i o nieradzeniu też), o tym, jak przewrotny i powtarzalny bywa los. O pytaniach, na które nie ma odpowiedzi. O tym, że niczego się nie dowiadujemy. O tym, że "choćby człowiek miał pięćdziesiąt i sto pięćdziesiąt lat, zawsze jest do cudzej śmierci nieprzygotowany" ( s. 43)
To również opowieść o relacjach rodzinnych, często toksycznych, o schematach, w które można brnąć, albo je przerwać. I jak na Papużankę przystało, to opowieść piękna pod względem językowym.

Przewijają się przez tę powieść motywy pisania książki oraz teatru, wodewilu. Nawet mamy tekst rozpisany jak w dramacie, a bohaterowie przyjmują role innych. Ba, pojawiają się nawet kuplety!  To wszystko nie wzięło się bez powodu. Raz, że ojciec Krystyny grał w amatorskim teatrze, dwa - "Wodewil różni się od życia nadmiernie i dlatego ludzie potrzebują wodewilu, bo mają dość życia" (s. 45).
O słynnej metaforze życia jako teatru już nawet nie wspominam, bo to chyba najczęstsza myśl, jaka przychodzi do głowy podczas lektury. I ciekawa jestem, czy inne osoby, czytając tę powieść, też miały ochotę czytać ją na głos. I czy mają ochotę przeczytać ją jeszcze raz. Ja tak. Zdaję sobie bowiem sprawę, że w pierwszej, powierzchownej lekturze można wiele przegapić, w drugiej - coś nowego wyłuskać. Tylko błagam, nie kminek!

W  moim odczuciu "Żaden koniec", a zwłaszcza partia tekstu z punktu widzenia Marty, w pewnym stopniu koresponduje z... "Cudzoziemką" Marii Kuncewiczowej. Znalazłam też nawiązanie do utworu Stanisława Wyspiańskiego, pewnie już domyślacie się którego.

Zapewne nie każdy podzieli moje zachwyty, ale dla mnie każda książka Zośki Papużanki to wspaniałe czytelnicze doświadczenie, współczesna proza polska w wydaniu tej autorki smakuje mi najlepiej.

 

wtorek, 15 sierpnia 2023

"Zanim dojrzeją granaty" Rene Karabasz


Wydawnictwo Poznańskie, 2023


Nabrałam apetytu na  "hipnotyzującą opowieść o poszukiwaniu miłości, której akcja toczy się w cieniu albańskich Gór Przeklętych". Liczyłam na romantyczną, może i dramatyczną historię na tle egzotycznej dla mnie kultury, na niezwykły klimat pełen smaków, zapachów i barw. Niestety, po lekturze mam mocno mieszane uczucia i raczej skłaniam się ku rozczarowaniu. I to nie tak, że spodziewałam się wakacyjnego czytadła, a otrzymałam ambitną prozę, bo przecież takowa jak najbardziej by mnie usatysfakcjonowała. Po prostu nie ujęła i nie przekonała mnie ta powieść.

Pod nazwiskiem Rene Karabasz kryje sie bułgarska pisarka, scenarzystka, reżyserka teatralna i aktorka Irena Ivanova, która została nagrodzona za główną rolę w filmie "Bez Boga". Za  debiutancką powieść "Zanim dojrzeją granaty"  otrzymała Nagrodę Literacką im. Eliasa Canettiego. Ekranizacja w przygotowaniu. 
Przyznam, że jestem ciekawa filmowej adaptacji tego utworu, choć niekoniecznie będę pierwsza w kolejce do kina.

Książkę przetłumaczyła slawistka, bułgarystka, profesor nauk humanistycznych Mariola Mikołajczak. Doceniam, że na okładce wymieniono jej nazwisko.
W "Słowie od tłumaczki" możemy przeczytać jakich trudności, zwłaszcza gramatycznych, przysparzał przekład, który przecież staje sie aktem twórczym, zważywszy na to, że tłumaczy się nie tylko słowa,  ale wypowiedzi i zamysły autora, osadzone w konkretnej kulturze.
Niestety nie ma tam nic o tytule,  który w oryginale brzmi "Ostajnica", a to inne określenie wirgineszy, czyli zaprzysiężonej dziewicy, która według Kanunu przyjmuję rolę  mężczyzny i głowy rodziny w patriarchalnym społeczeństwie północnej Albanii. Główna bohaterka i narratorka jest nią właśnie, toteż tytuł w pełni uzasadniony. Natomiast dojrzewające, czy jeszcze nie dojrzałe granaty występują w ważnej scenie powieści, mają swoją wymowę. Dlaczego jednak  znalazły się w tytule polskiego wydania? Zapewne wpływ miały na to  kwestie marketingowe. Nie wiem, czy są  jakieś badania, z których wynika, że jedzenie( np.  owoce) w tytule bardziej zwraca uwagę czytelników i powoduje, że " ślinka im leci" na samo brzmienie tytułu? Mnie osobiście przyciągnął tytuł "Zanim dojrzeją granaty" (ale też skojarzył mi się z "Nim dojrzeją maliny", Eugenii Kuzniecowej). Zastanawiam się i myślę, że tytuł "Ostajnica" brzmi na tyle intrygująco, że, gdyby go zostawiono, też bym po tę książkę sięgnęła. Cóż, tłumaczenia i tytuły to temat-rzeka ;-)

Istotne jest  "Słowo wstępne" Barbary Jarysz-Markaj, która wyjaśnia kluczowe dla tej powieści pojęcie Kanunu - albańskiego zwyczajowego prawa  o surowych regułach. Podkreśla, że książka Karabasz, choć do niego nawiązuje, nie jest dokumentem, ani traktatem o albańskich obyczajach i historii. To literacka fikcja, protest przeciwko patriarchalnym porządkom i nierównemu traktowaniu płci.

Tematyka jest jak najbardziej aktualna, ważna i potrzebna. Problem stanowi forma, która nie dla każdego okaże się strawna. Otóż narracja ma postać strumienia świadomości, myśli głównej bohaterki mieszają się z jej wspomnieniami, słowami wypowiedzianymi kiedyś przez inne osoby. Czasem trudno oddzielić poszczególne kwestie. Przeszłość splata się z teraźniejszością. Są też listy i fragmenty wierszem.
Język jest chaotyczny, rwany,  poetycki, śpiewny. Jeśli chodzi o interpunkcję, to występują tylko przecinki. Żadnych kropek, pytajników, wykrzykników, ani wielkich liter. Tylko podział na akapity. Wyjątkiem są listy od Salego, z typową interpunkcją.
Lubię różne eksperymenty i zabawę formą, ale ten tekst ciężko mi się czytało. Raptem 170 stron,  lektura na 1-2 wieczory, ale nie byłam w stanie czytać jej jednym tchem i zajęło mi  to znacznie więcej czasu.

Jest to opowieść o Bekii, która z pewnych przyczyn ( nie mogę spojlerować) zrezygnowała ze ślubu i  została wirgineszą, przyjmując tym samym rolę mężczyzny i imię Matja. Po latach opowiada swoją historię dziennikarce, nawiązuje kontakt z dawno nie widzianym bratem, w pewnym sensie ( znowu nie mogę spojlerować) wracają duchy przeszłości.

To trochę taka współczesna  Antygona. Każda decyzja pociąga za sobą tragiczne skutki. Jeśli Bekia wyjdzie za mąż - czeka ją śmierć, jeśli nie wyjdzie - splami honor rodu, wtedy śmierć czeka mężczyznę z jej rodziny i ona sama musi wybrać którego.
 "miłość na naszych terenach jest równa śmierci
wybierając miłość, wybierasz śmierć albo ona cię wybiera, ale ty zawsze ostatni to pojmujesz, zanim dojrzeją granaty i zaczną pękać ( s.96)

To dramat rodziny, w której nie liczą się jednostki, ich uczucia, potrzeby, możliwości i plany, ważniejsza jest tradycja, surowe reguły, honor rodu, zemsta,
 "poleje się krew, tak musi być, bo Kanun nade wszystko" ( s. 69)
Dramat kobiety, która od dziecka żyje pod presją, że nie jest chłopcem, stara się zatem być jak on, by spełnić oczekiwania ojca i społeczeństwa. 
Dramat jej brata, którego delikatność i wrażliwość były nie do zaakceptowania w świecie pełnym okrucieństwa, przemocy, zemsty.
Dramat tych, którzy, aby ocalić własne życie, muszą kogoś skazać na śmierć. Dramat nieszczęśliwych, żyjących w kłamstwie, którzy sami sobie zgotowali taki los, dokonując pewnych wyborów.
"tego, co sam sobie zrobisz, nikt inny by ci nie wyrządził
sama na to zasłużyłaś, idiotko, szesnaście lat w pułapce własnych wymysłów" ( s. 125)
Wszystko jest okrutne, smutne, przytłaczające. Nie do końca jasne, chaotyczne. Zakończenie - według mnie zupełnie nie pasuje. Nie tego się spodziewałam.

Mimo wszystko nie żałuję lektury, bo to było kolejne ciekawe czytelnicze doświadczenie, a przecież nie wszystko, co czytamy musi nas totalnie zachwycać. Te granaty niezbyt mi smakowały.


czwartek, 19 sierpnia 2021

"Spotkanie w Positano" Goliarda Sapienza

Wahałam się, czy sięgnąć po tę książkę. Ani tytuł, ani nazwisko autorki nic mi nie mówiły, opis był obiecujący, ale bałam się rozczarowania. W końcu zaryzykowałam. I nie tylko nie żałuję, ale jestem zachwycona. “Spotkanie w Positano” to niespieszna, klimatyczna, pięknym językiem napisana proza, którą dobrze sączyć małymi łyczkami niczym wytrawne wino.

 


Chyba po raz pierwszy spotkałam się z tym, że zamieszczony na okładce opis -“Nastrojowa powieść o przyjaźni dwóch kobiet w zjawiskowej włoskiej scenerii” – idealnie oddaje charakter danej książki i nie jest na wyrost.
(...)

 Główna bohaterka, związana ze środowiskiem filmowym Goliarda podczas pobytu w Positano spostrzega fascynującą, zjawiskową kobietę – jest to  tutejsza księżna, Erica. Ścieżki pań przecinają się, znajomość stopniowo przeradza się w przyjaźń kontynuowaną latami.  Kobiety prowadzą rozmowy m.in. o sztuce, i życiu. Erica opowiada Goliardzie niepozbawioną tragicznych momentów historię swojej rodziny, zwierza jej się z sekretów. Ciekawa postać. Samej Goliardy jest tu znacznie mniej, choć i ją chciałoby się bliżej poznać.
Obecne są motywy bogactwa (utrata i zyskanie), poświęcenia, moralności, rodziny, miłości, przyjaźni, samobójstwa.

Okazało się, że powieść ma podłoże autobiograficzne. Sapienza bywała w Positano, a Erika wzorowana jest na prawdziwej postaci jej przyjaciółki, naprawdę nazywała się inaczej.
Cytuję z posłowia:
“Rzeczywiste istnienie “Eriki” i obecność w narracji samej Goliardy włączają “Spotkanie w Positano” do “autobiografii przeciwieństw”.
Pisarka “wykorzystując własne “ja” czyni z samej siebie przędzę, osnowę i wątek, by opowiedzieć o innych osobach, ważniejszych od niej, ale też stanowiących istotną część jej życia, a przez to godnych wydobycia i pokazania, aby żyli w czytelniku” ( s. 205)

Narracja jest urozmaicona, trzecio- i pierwszoosobowa. Piękny, momentami poetycki język,  długie złożone zdania być może nie każdemu odpowiadają. Dla mnie była to smakowita literacka uczta we włoskim stylu.

Cała recenzja:
 http://zycieipasje.net/2021/08/szpieg-w-ksiegarni-spotkanie-w-positanogoliarda-sapienza/

środa, 2 czerwca 2021

“Kąkol” Zośka Papużanka

 



Każda książka tej autorki to całkiem inna czytelnicza przygoda. Tym razem jest to pięknie ukształtowana językowo opowieść o dzieciństwie i wakacjach na wsi, ale wcale nie sielskich. O trudnych relacjach rodzinnych i dziecięcym postrzeganiu świata, o bogactwie przyrody. W tej powieści znajdziemy sporo mitologicznych i biblijnych nawiązań. Plastyczne opisy wprost urzekają. Nietypowa okładka zachwyca już od pierwszego wejrzenia.

Kąkol jest piątą książką w literackim dorobku krakowskiej pisarki, a trzecią, jaką mam przyjemność czytać i na pewno nie ostatnią. Mam do Zośki Papużanki już ogromne zaufanie i tylko czekam, czym jeszcze nas zaskoczy. Szczerze życzę jej Nike oraz innych literackich nagród. Dla mnie to prawdziwa mistrzyni opisywania szczegółów, rzeczy pozornie nieistotnych, przykładająca ucho i oko do rzeczywistości i potrafiąca te obserwacje przekuć w piękną prozę. Niesamowicie podoba mi się jej praca ze słowem, konstruowanie często nieoczywistych zwrotów i zdań, barwne i niezwykle trafne opisywanie świata.
“Opel parkował na trawie, łamał znaki ostrzegawcze babki lancetowatej, zapadał się w miękkie, srebrzyste skrzydełka pięciornika gęsiego” ( s. 20).
To tylko niewielki przykład, bo w sumie to można by zacytować pół książki, wprost przerzucając się coraz to lepszymi fragmentami.

całość recenzji:
http://zycieipasje.net/2021/06/szpieg-w-ksiegarni-kakol-zoska-papuzanka-recenzja/

sobota, 22 maja 2021

“Niestandardowi” Michał Paweł Urbaniak

Debiutancką “Listą nieobecności” autor sam sobie postawił wysoko poprzeczkę. Druga powieść Michała Pawła Urbaniaka nie odstaje poziomem od pierwszej. Pozostaje tylko pytanie, czy już zawsze jego domeną będzie trudna tematyka związana z innością, niestandardowością, tolerancją i jej brakiem, różnymi odcieniami miłości, nienawiścią, śmiercią? Czy zawsze będzie to proza gęsta, mroczna i mocna? Czytelnicy chyba nie mają nic przeciwko temu. Zwłaszcza, że “Niestandardowi” poruszają wiele bardzo ważnych kwestii i zapadają w pamięć.
(...)
“Niestandardowi” to pełna emocji powieść o wielkich nadziejach i wielkich rozczarowaniach, o zmianach, niekoniecznie na dobre. O zwykłych ludziach.. ich problemach, konfliktach  i tragicznych sytuacjach.
To książka, o której chce się dyskutować. To poruszająca, bardzo prawdziwa, życiowa historia, wymagająca od odbiorcy uważności, wrażliwości, może nawet zmiany postrzegania pewnych spraw, docenienia codzienności i znalezienia sensu życia nie opartego na opinii innych.  Nie jest to lekka powieść, która podnosi na duchu, przeciwnie – przytłacza i zasmuca. Wnioski i refleksje z tej lektury mogą jednak okazać się budujące.

Cała moja recenzja:
 http://zycieipasje.net/2021/05/szpieg-w-ksiegarni-niestandardowi-michal-pawel-urbaniak-recenzja/

niedziela, 18 kwietnia 2021

"Psy ras drobnych" Olga Hund

Ten tytuł gdzieś tkwił mi w głowie, więc gdy tylko zobaczyłam go w nowych audiobookach na Empik Go, włączyłam sobie - akurat dziś, jako tło do przygotowywania obiadu... Nie kojarzyłam jednak, nie pamiętałam zupełnie o czym jest ta książka i okazało się, że "nieźle" ( piszę z przekąsem) sobie dobrałam niedzielną rozrywkę...
To jest bowiem opowieść o pobycie bohaterki w szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie. Dobra, mocna, konkretna i krótka proza. Malownicze i przejmujące opisy pacjentek i ich szpitalnej codzienności. Lektorka Inez Peck bardzo wczuwała się w czytany tekst, różnicowała głosy postaci. Podobało mi się.
Ale już mam dość trudnych i ciężkich tematów (cały czas po troszku podczytuję Appignaesi o kobietach i psychiatrii oraz Graff eseje feministyczne). Idę szukać czegoś lekkiego i typowo rozrywkowego.


poniedziałek, 29 czerwca 2020

"Czarne miasto" M. Knopik



(...)
Przede wszystkim, ku mojemu zaskoczeniu, nie jest to taka typowa powieść obyczajowa przedstawiająca dzieje pewnej rodziny  w jednym ze śląskich miast – a właśnie takiej się spodziewałam. Owszem, poznajemy taką właśnie rodzinę: Wandę Bóbr, wdowę po Zdziśku, ich córki, Belindę i Biankę; wracamy w retrospekcjach do dzieciństwa i młodości Wandzi, poznajemy historię sąsiadki Genowefy i Franka, Białej Irki czy Kazi. Ale to tylko jedna z warstw tej książki, nie fabuła  tu gra pierwsze skrzypce.
Ważniejsze jest samo snucie opowieści i piękny język. Mamy w tej powieści też domieszkę fantastyki i grozy (opowieści o duchach, czarach, niemal mrożące krew w żyłach relacje z poszukiwań zaginionej), a także ważną rolę odgrywają sny i wspomnienia. Właściwie trudno jednoznacznie określić gatunek, współczesna literatura unika szufladkowania, ale chyba najbliżej tu do urban fantasy.
To proza sentymentalna, melancholijna, oniryczna, metaforyczna, z nutką tajemniczości i baśniowości oraz nawiązaniami do mitologii słowiańskiej i lokalnych legend. Nie użyłabym jednak określenia “realizm magiczny” w odniesieniu do Czarnego Miasta.
To także proza niezwykle działająca na wyobraźnię, plastyczna i barwna (szczególny akcent położony został na kolory czarny, biały, burgundowy ).
Opisy – przeważające w tej narracji – są świetne, zarówno dobrze brzmiące jak i bardzo malarskie, klimatyczne, metaforyczne, nawet można by się pokusić o przywołanie tu schulzowskiego  sposobu opisywania świata. Na pewno nie do każdego trafi taki styl. Czytelnik musi czuć tę wrażliwość, mieć nieco artystyczną duszę, by “uchwycić” istotę i urok “Czarnego miasta”.
(...)
całą moja recenzja pod linkiem:
http://zycieipasje.net/2020/06/29/poczytaj-mi-na-uchoczarne-miasto-marta-knopik-recenzja-audiobooka/

Książka pasuje do czerwcowego wyzwania "Pod hasłem"

wtorek, 5 maja 2020

"Taśmy rodzinne" Maciej Marcisz

Wydawnictwo W. A. B 2019

Nadrabiam zaległości w notatkach
To jedna z pierwszych książek, jakie dorwałam w EmpikGo, jeszcze w połowie marca.... Utknęłam, porzuciłam, wreszcie skończyłam.
Okładka super. Na niej mogłam poprzestać. O fabule nie chce mi się pisać (są dokładne opisy na LC) ogólnie - o toksycznej rodzinie, przemocy, pieniądzach, biznesach, czasach transformacji lat 90. O trzydziestolatku, który ma kłopoty i długi, liczy na kasę od ojca, a tu zonk! Próbuje coś zdziałać wracając do rodzinnego domu, poznajemy całą historię rodziny, jej "taśmy". Zakończenie - banalne i jakby "przyszyte" na siłę.
Achów i ochów co niemiara nad tą powieścią, niezadowolone głosy są w mniejszości. Ja dopisuję się do tych drugich. Może to jest udany debiut, świetna proza, ważny temat itp,itd a ja się na tym nie poznałam. Zupełnie nic mi ta powieść nie "zrobiła" - nie zachwyciła, nie zaskoczyła, nie zdenerwowała, no nic! Zero emocji.
Jest w niej jakaś szczerość, autentyczność scen, obrazki z życia jakie znamy z obserwacji, wspomnień, z doświadczenia.... Całość jednak nie robi większego wrażenia, także pod względem literackim.
Dla mnie to powieść mocno przeciętna, wręcz nijaka.
Przeważnie zawsze znajdzie się jakaś postać, którą czytelnik darzy sympatią, choćby to miał być pies sąsiada wstępujący w epizodzie. Tu nikt - w moim odczuciu - nie był sympatyczny. Chociaż wiem, że wcale nie chodzi o to, by lubić bohaterów, dziwnie jednak tak zupełnie być wobec nich obojętnym.
Już wolę kryminały poczytać chyba

środa, 29 kwietnia 2020

"Przez" Zośka Papużanka


Dawno już na nic tak się nie cieszyłam jak na nową książkę Zośki Papużanki,  której debiutancka “Szopka” zachwyciła mnie i zaintrygowała. Nie wiem czemu, ale nie czytałam późniejszej powieści “On” ani zbioru opowiadań “Świat dla ciebie zrobiłem”. Mea culpa, nadrobię. Na premierę “Przez” czekałam jak kania dżdżu. I już mam za sobą tę piękną, dziwną i subtelną prozę. Tylko teraz problem, jak ująć w słowa ulotne wrażenia z tej trudnej do określenia, ale  niezwykłej i satysfakcjonującej lektury…

Zacznijmy od tytułu, który jest dość intrygujący i jak się okazuje – w kontekście treści może mieć wiele znaczeń.  Rzadko się zdarza, by sam przyimek był tytułem, prawdę mówiąc po raz pierwszy się spotykam z takim przypadkiem.
“Przez” – patrzeć przez palce, przez różowe okulary, przez okno, przez lupę, mikroskop, obiektyw aparatu… Każdy sposób przynosi inną perspektywę patrzenia.
“Przez” również można odnieść do upływu czasu – przez pięć minut, przez tydzień, przez chwilę czy pięć lat…
Przez ciebie, przeze mnie – przyczyna i skutek, oskarżenie, czyjaś wina, jak wina to i kara….
Przez Papużankę mamy się nad czym zastanawiać.

Ciąg dalszy pod linkiem:


http://zycieipasje.net/2020/04/29/szpieg-w-ksiegarni-przez-zoska-papuzanka/

niedziela, 14 października 2018

Off -Off, Ewa Skunart

Czasami intuicja podpowie mi jakąś dziwną, ale fajną książeczkę ;-)
Na przykład taką


(...)

Nieczęsto zdarza się, żeby opis na okładce  tak dobrze oddawał charakter książki, a tym razem jest w punkt: owszem, ta opowieść jest przewrotna, groteskowa, zabawna. Ponadto niebanalna, zaskakująca, krytyczna, gorzka, ale jakże prawdziwa. Oparta na wnikliwych obserwacjach i doświadczeniach, stanowi ważny głos w dyskusji o osobach wykluczonych, innych, o statusie i prawach kobiet.
Ewa Skunart sprytnie i sprawnie porusza się między realizmem a absurdem, pisze z ironią, humorem, inteligentnie, soczyście i smacznie. Potrafi "rzeźbić" w słowie i przykuć uwagę czytelnika do danej historii, nawet jeśli pozornie panuje w niej chaos.
(...)

Całość mojej recenzji znajdziecie tutaj:

http://www.polscyautorzy.pl/index.php/pl/recenzje/1034-off-off-ewa-skunart-novae-res

piątek, 6 marca 2015

"Uprawa roślin południowych metodą Miczurina" W. Murek


Wiosna idzie... ledwo patrzeć, a "zazieleni się, urośnie kilka  drzew, niedojedzony chleb w ustach zdąży się rozpłynąć...".
Może by tak pomyśleć o ogródku, posiać koperek i rzodkiewkę...albo zabrać się za uprawę roślin południowych.... 
Książka Weroniki Murek nam w tym raczej nie pomoże, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo :-)

Ta książka przyciągała mnie niczym magnes, odkąd tylko ujrzałam ją w wydawniczych zapowiedziach. Zahipnotyzowała mnie zaprojektowana przez Iwonę Chmielewską, intrygująca okładka. Widnieje na niej, na tle ciemnego lasu, kobieca postać z udrapowanym na głowie białym materiałem, przypiętym szpilką wprost do czoła, w wełnianym swetrze robionym w warkocze. Spogląda ona dziwnie, jakby groźnie, czy może raczej podejrzliwie spod swojego ni to welonu, ni to całunu… Skojarzenia powiodły mnie jednak ku malarstwu flamandzkiemu - polecam zerknąć na obraz „Portret kobiety” Roberta Campina. 
Zafrapował mnie również tytuł. Jak się okazuje, nie ma on nic wspólnego nie tylko z ogrodnictwem, ale również wcale się nie wiąże z treścią siedmiu opowiadań zamieszczonych w tym zbiorze (...)

Całość moich wynurzeń znajduje się  tam:
http://www.polscyautorzy.pl/index.php/recenzje/749-weronika-murek-uprawa-roslin-poludniowych-metoda-miczurina-wydawnictwo-czarne

poniedziałek, 20 października 2014

Nie lubię Zyskowskiej-Ignaciak

Najpierw przebudziła się ze snu o niebieskich migdałach, a potem w upalne lato uciekła znad rozlewiska, by opowiedzieć w fabularnej formie tragiczne dzieje Barbary i Krzysztofa Baczyńskich. Natomiast teraz "machnęła" taką powieść, że szczęka opada, nieładnie mówiąc. Nie lubię jej, bo teraz będę musiała przeczytać wszystko, co wyszło spod jej pióra ;-) I pomyśleć, że jakiś czas temu nie mogłam zapamiętać nazwiska Katarzyny Zyskowskiej- Ignaciak, usilnie je przekręcając (pamiętasz, Klaudia?)

Okładka książki Nie lubię kotów"Nie lubię kotów" to powieść, której absolutnie nie można wrzucać do jednego worka z  tzw. "babską literaturą", bo to nie jest ani komedia romantyczna, ani  ciepła i optymistyczna opowieść o spełnianiu marzeń, ani nawet słodko-gorzka malownicza "obyczajóweczka". To proza rasowa, syjam lub maine coon wśród dachowców, z ostrymi pazurami i iskrami sypiącymi się podczas głaskania pod włos. Z kotami nie ma ona jednak nic wspólnego, a ci, którzy z góry spisali ją na straty ze względu na tytuł - niech żałują i czym prędzej zmienią zdanie.

Sześć opowieści o szóstce  trzydziestoparolatków, których łączą różne relacje. Tak z grubsza rzecz biorąc, przedstawia się to następująco: Wojtek i Malina są małżeństwem. On kumpluje się z Konradem - wydawcą książki Dagmary. Ona - z Karoliną, siostrą Daniela, który miał niegdyś styczność z wspomnianą autorką. Z kolei Konrada i Karolinę też łączy pewna nić znajomości. W każdej z 6 części o odrębnych, istotnych tytułach (Archetyp, Dies irae, Lepszy, Prowincjonalna gwiazda chic-litu, Mistrz drugiego planu, Nie lubię kotów) na pierwszym planie jest jedno z nich. Zyskowska-Ignaciak nie opowiada jednak sześciu życiorysów ot tak, jako kolejne, gdzieś tam przecinające się wątki. Te 6 historii narysowanych ostrą, ciemną kreską (czasem też białą i sypką) posłużyło autorce do pokazania charakterystycznego rysu wspólnego pewnej części (bo nie można uogólniać) pokolenia dzisiejszych +/-30-latków. A może też jako przykład  tego, czego coraz częściej doświadcza współczesny człowiek.
Nakładanie masek. Gra pozorów, Udawanie kogoś innego niż się jest, także przed samym sobą. Kreowanie własnego wizerunku (również poprzez media, portale społecznościowe, blogi). Świat kariery i bogactwa. Moda na sukces. Droga po trupach, przez łóżko, kokainową ścieżką. Egoizm. Brak skrupułów. Perfekcja na pokaz. Samotność wśród czterech ścian i w  towarzystwa tłumie. Ucieczka w uzależnienia, ucieczka przed odpowiedzialnością za własne i cudze życie. szukanie remedium na problemy. Gonienie własnego ogona. Świat wiecznych Piotrusiów panów. I pań.

W 6 opowieściach autorka zawarła szeroki zasób  życiowych sytuacji, dramatycznych zdarzeń, dylematów, uwikłań.  Każdy z bohaterów dźwiga swój bagaż. Każdy nadawałby się na terapię u psychoterapeuty. Ze swoją zmorą zmaga się jednak sam, zagubiony  "między niewypowiedzianymi słowami, między płytkimi zdaniami" ( s. 372), bez prawa do strachu,niepowodzeń i słabości, bez odwagi, by się do nich przyznać, żeby żyć po swojemu, "jednolita, choć brudna masa" ( s. 373).
Trudno wśród tych postaci wybrać sobie "ulubieńca", nawet, gdy komuś współczujemy, to okazuje się, że i ów ma coś za uszami i nie jest do końca tym, za jakiego chce być uważany. To jednak nie jest ten typ powieści, gdzie kibicujemy bohaterowi śledząc jego perypetie i przeżycia. Tu mamy 6 obrazów, pozornie oddzielnych, z życia "warszawki" (ale podpiąć pod to można też inne środowiska), 6 odcinków reality-life.

Zyskowska -Ignaciak napisała powieść mocną, do bólu prawdziwą, śmiało obnażającą współczesną społeczność i ostro punktującą kondycję pokolenia trzydziestoparolatków, dla których życiowa gra zmierza do kwestii "pobite gary" (w nawiązaniu do książki "Znaki szczególne" P. Wilk), albowiem nie udźwignęli ciężaru, jaki wzięli na swe barki, rozczarowali się rzeczywistością, która skrzeczy, zgubili się w labiryncie pozorów i przyjmowanych masek.
 Język tej prozy jest również ostry, siecze bez owijania w bawełnę. Idealnie współgrający z treścią. Zakończenie - moim zdaniem znakomite. Teatralne zdemaskowanie bohaterów głosem pijanej postaci, która i o sobie szczerze mówi. Czy te "głosy prawdy" były wygłoszone realnie, czy tylko były alkoholową wizją w głowie bohaterki - do końca nie wiadomo. Ostatnie słowa fabuły - "wszystko będzie dobrze" niosą pozorną pociechę, to jakby kolejna złuda...

"Nie lubię kotów" należy do serii "Cztery pory roku". Nic mi o niej bliżej nie wiadomo, nie czytałam innych tytułów. Jeśli jednak są tak dobre jak 'Koty' to chciałabym je poznać. Współczesna proza polska ma wiele odmian, często zmierza w kierunku literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej albo - wprost przeciwnie - w stronę ambitnej, trudnej, ciężkiej, wymagającej. Powieść Zyskowskiej jest pośrodku i jest cholernie, przepraszam za ekspresję, dobra.

Nie lubię Zyskowskiej - Ignaciak, noo....

środa, 27 listopada 2013

"Kochanie, zabiłam nasze koty" , czyli moja ulubiona książka Doroty

Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir Sur Blanc 2012.
  • Spośród 4 przeczytanych przeze mnie książek Doroty Masłowskiej (do kompletu brakuje mi sztuki "Między nami dobrze jest" ) ta podobała mi się najbardziej.
  • Niektóre zdania/akapity czytałam wciąż de novo tak były piękne, wpadały w ucho; fraza i metaforyka autorki wyjątkowo przypadły mi do gustu.
  • Zupełnie nie zgadzam się z opiniami, że to powieść o niczym, bez fabuły, beznadziejna. Nie jest to jednak książka dla każdego. Niektórzy preferują napisane okrągłymi zdaniami opowieści "z życia wzięte", których fabułę da się zapisać w punktach jak w szkole - "przebieg wydarzeń".
    Tu natomiast ważniejsza jest  forma, sposób narracji, język.
  • To rzecz o zazdrości  o przyjaciółkę, samotności,  wyobcowaniu i frustracji. Także o zwariowanej współczesności, z której często chce się wyciągnąć korek i spuścić wodę - jak z tego oceanu ;-)
  •  Wcale nie jest o kotach (choć pojawia się tu kot), ani o ich zabijaniu (cho padają strzały i leje się krew- ale w sumie nie wiadomo, czy to jawa, czy sen.... Te dwie przestrzenie zazębiają się ze sobą w całym tekście.
  • Tytuł jest parafrazą tytułu komediowego serialu.
  •  Surrealistyczno-oniryczny klimat, trochę taki lynchowsko -allenowski.
  • Bywa psychodelicznie, ale i zabawnie.
  • Sytuacja z Go i jej kotem ( oboje samotnicy, outsiderzy) kojarzy się z Holly Golightly i jej kotem. ("Tylko spojrzałam na niego i wiedziałam,że jest taki jak ja, że to przeznaczenie"( s. 129))
  •  Postaci: Farah - główna bohaterka, Joanne i jej "hungarysta", szef salonu fryzjerskiego "Hairdonism", sąsiad z pierwszego piętra (leczony psychiatrycznie), Gosha (Go) - ekscentryczna dziewczyna z kręgu artystycznej bohemy. Pisarka, Ernest.
    Syreny ( stare i wyliniałe śmieciarki, a nie zjawiskowe "arielki" - świetne kreacje!
     Generalnie - plejada rozmaitych freaków.
  • Przestrzeń: lato w wielkim mieście, gdzieś nad oceanem,  jest jakby "nowojorsko", amerykańsko, ale to w sumie takie "wszędzie i nigdzie".
  • Motyw autotematyczny. Niemoc twórcza. Autorka jednocześnie bohaterką własnej książki (albo postać będącą jednocześnie autorką ;-) )
  • Narratorka "gada" do czytelników - lubię to!
  • Klamrowa budowa. Zaskakująco uporządkowane jak na Masłowską.
  •  "W waszym życiu też chyba nie zawsze jest miejsce i czas , żeby czytać Sartre'a w oryginale od tyłu i do góry nogami" ( s. 5)  - uwielbiam to zdanie.
  •  Słowa Sławomira Mrożka ( z okładki):
    "Dorota Masłowska ma podstawową zaletę: umie opowiadać, niezależnie od innych zalet, czy przywar pisarskiego rzemiosła. Jej metafory, porównania, sposób opowiadania, cały sposób, budzą zdumienie, potem rozbawienie, a nierzadko wrażenie autentycznej poezji. Ta mieszanina wszystkiego ze wszystkim stanowi i jej uroku".
  •  Ktoś gdzieś kiedyś marudził, że "Kochanie, zabiłam nasze koty" jest krótka, ma dużą czcionkę i sporo światła. Spodziewałam się zatem naprawdę kilku zdań rzuconych "krowami" na stronę  i przeplatania rycinami. Tymczasem jest to normalna książka, niewielkiej objętości - fakt, ale nie każda musi być od razu "cegłą" maczkiem drukowaną. Czcionka i w ogóle całość przyjazna i wygodna do czytania. Przynajmniej ja sobie chwalę.

środa, 9 października 2013

"Sonieczka" Ludmiła Ulicka

 O autorce:
Wyd. Philip Wilson 2004

  • ur.1943.
  • z wykształcenia jest biologiem, pracowała w Instytucie Genetyki 
  • była kierownikiem literackim Żydowskiego Kameralnego Teatru Muzycznego
  • pisała sztuki, scenariusze filmowe, opowiadania i powieści
  •  jej utwory przetłumaczono na 25 języków
  • laureatka wielu prestiżowych nagród w Rosji, Francji, we Włoszech
  • uznana w Rosji za pisarkę roku 2004
  • "Medea i jej dzieci" - pierwsza powieść Ulickiej wydana w Polsce
    (czytałam, dlatego też bez wahania sięgnęłam po "Sonieczkę")

Zaczerpnięte z okładki:
  •    "Proza Ulickiej  jest początkiem wspaniałej podróży do wnętrza rosyjskiej duszy"
  •    "Czechowowska opowieść o zwyczajnej kobiecie"
  •    "Wzruszająca opowieść o różnych rodzajach kobiecości"
Ode mnie:
  •  to niewiele ponad 90 stroniczek dobrej, rasowej prozy
  • treść skondensowana, realistyczna,
  • tytułowa bohaterka - znów posiłkuję się notą z okładki, bo trafna: 
    • "dorasta w odpychajacej radzieckiej rzeczywistości w świat książek",
    • "Historia Sonieczki przypomina bajkę o Kopciuszku",
    • "prowadzi zwyczajne życie, w którym szczęśliwe chwile przeplatają się z tragicznymi. Godzi się z rzeczywistością i uważa, że dostała od życia więcej niż się spodziewała"
  • wątek historyczny (rosyjskie realia od lat 30-tych XX w.)
  • wątek polski: dzieje Jasi
  • motyw bibliotekarsko- książkowy (Sonia została bibliotekarką) 
  • kwestie psychologiczne, dramatyczne wybory, uwarunkowania losu, postawa życiowa
  • opowieść w sumie smutna, przejmująca, na wskroś rosyjska, w dobrym tego słowa znaczeniu - Dostojewski mógłby być dumny z młodszej koleżanki po piórze ;-)

    Garść cytatów:
  • "Czytanie było ulubionym zajęciem Sonieczki od wczesnego dzieciństwa, można powiedzieć od pieluch. Jej starszy brat Jefrem pierwszy żartowniś w rodzinie, lubił powtarzać, że od tego ciągłego ślęczenia nad książkami tyłek siostry  upodobnił się już do siedzenia krzesła, a nos- do gruszki" (s. 5)
  • "Czytanie  było dla niej czymś w rodzaju lekkiego obłędu, który nie opuszczał jej nawet we śnie - sny też czytała jak książki. Śniły jej się fascynujące powieści historyczne, których akcję zgadywała na podstawie typu czcionki, a wszystkie akapity i wykropkowania przeczuwała w jakiś tajemniczy sposób." (s.7)
     
  • "Po skończeniu  technikum bibliotekarskiego rozpoczęła pracę w piwnicznym magazynie starej biblioteki, dołączając do tego rzadkiego grona szczęściarzy, którzy z bólem serca opuszczają wieczorem swoje zakurzone i duszne miejsce pracy, nie zdążywszy nacieszyć się w ciągu dnia rzędami katalogowych kart, bladymi karteczkami zamówień, napływających z czytelni na parterze i przyjemnym ciężarem tomów lądujących w ich rękach." (s.8)
  • "Z czasem nauczyła się jednak odróżniać  w morzu książek fale dużych od małych, a małe - od przybrzeżnej piany, wypełniającej ascetyczne szafy z literaturą współczesną" (s.9)
    - czego sobie i Wam życzę, polecając Waszej uwadze prozę Ludmiły Ulickiej.

wtorek, 10 lipca 2012

Jaskółki pod czeczeńskim niebem

G. Sadułajew, Jestem Czeczenem, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 180
Inna Europa, Inna Literatura. Dawno nie czytałam nic z tej serii, nie  mogłam zatem ominąć tej książki w bibliotece, zwłaszcza, że po publikacje Czarnego sięgam w ciemno, wiedząc, iż dostarczą mi odpowiednich wrażeń. Dość długo pochylałam się nad prozą Sadułajewa, choć to tylko sto kilkadziesiąt stron, nie mogłam bowiem przyjmować zbyt dużych jej dawek naraz. Za mocne na jeden łyk.Dławi.

Wschodnie i południowe tereny Europy są dla nas niby nie tak odległe, a jednak  w pewnym stopniu egzotyczne, na tyle odmienne pod względem kulturowym, że z ciekawością patrzymy na nie, czy to okiem  kamery, czy też przez okno literatury. O wojnie w Czeczenii  nie sposób nie słyszeć, znamy ją jednak przeważnie tylko z telewizyjnych wiadomości. Wspomnienia i uwagi kogoś, kto jej doświadczył, są dla nas cennym źródłem, a literacki kształt, jaki im nadano, dodaje wartości.

German Sadułajew, syn Rosjanki i Czeczena, przejmująco opowiada o  ziemi- matce, o ojczyźnie, o istocie bycia Czeczenem, o dumie, honorze, o rodzinnej tragedii, o dzieciństwie, o wojnie,  o obłąkaniu, o tych, którzy zginęli, o jaskółkach -duszach przodków, które przynoszą lato... To nie jest opowieść fabularna, składa się z zapisków, wspomnień, miejscami przypomina reportaż, esej, momentami przybiera obrazowe poetyckie formy. Stanowi jakby autoterapię i ocala od zapomnienia ludzi, fakty, miejsca i czas.

"Znowu piszę(...)Teraz piszę dużo. Wiem, w sposób nieskładny, wyrywkowy, chaotyczny, splątany, rozbity, pogięty...Nie ma wyraźnego wątku. Ciężko czytać taką prozę, nie?" - przyznaje autor. (s. 74)
Owszem, ciężko. Chwilami serce się kraje. Chwilami krzyczy się z narratorem lub zagryza zęby. Mimo wszystko, piękna to proza, choć bywa mocna i brudna, to i  sentymentalna. Spektakl pamięci, jaskółek i pękniętych serc.

"Za moim oknem - późna biała petersburska jesień.Cisza starego zaułka. Cisza przedrewolucyjnego domu. I wspomnienia. Jak wybuchy. Kiedyś moja pamięć była poziomkową polaną. Teraz moja pamięć to pole minowe" (s.98)  Wojna swe piętno odcisnęła nawet na metaforyce. Przesiąkło nią całe życie autora, rozdrapywanie ran nie uwolni go jednak od sennych wizji miasta umarłych.

Tomik składa się z trzech integralnych części :
- Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Opowieść z okruchów
- Dlaczego niebo nie spada. Sonetti a corona
- Kiedy zbudziły się czołgi.
Ostania - najbardziej literacka(poprzednie bardziej osobiste, konfesyjne, wspomnieniowe) - to historia dwóch przyjaciół z dzieciństwa: Zelika i Dińki, których wojenny koszmar postawił po dwóch stronach barykady....

Inna Europa, Inna Literatura. Inni ludzie? Inna pamięć, inny ból?
Ważna i wartościowa książka, zapadająca w pamięć.

Moja lista blogów