Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 marca 2012

Są historie, które warto opowiedzieć....

... i są książki, które warto przeczytać. Do nich, moim zdaniem, należy debiutancka powieść Kathryn Stockett. Nie będę się rozwodzić nad treścią, bo już sporo opisów się pojawiło, zanotuję tylko krótko wrażenia z lektury. 

 "Służące" niezwykle mnie wciągnęły i wzbudziły wiele emocji. Oburzało mnie zachowanie niektórych postaci, zwłaszcza białych pań (Hilly, Elisabeth Leefolt), ich głupota i hipokryzja ("inicjatywa sanitarna", traktowanie dzieci). Były chwile wzruszenia i rozbawienia, a także przejęcia i grozy. Współczułam i przeżywałam. Zaskoczyła mnie postać Celii, która z pozoru głupiutka i próżna okazała się bardzo nieszczęśliwa i zagubiona. Polubiłam mądrą, dobrą i czułą Aibeleen. której doświadczenia w prowadzeniu domu i opiekowaniu się dziećmi można pozazdrościć, a także  Minny - znakomitej kucharki (słynne ciasto czekoladowe) o niewyparzonej gębie, ale złotym sercu. Sympatią obdarzyłam też panienkę Skeeter, której ambicje były równie wysokie jak wzrost, a pomysły równie niesforne (ach, te sedesy...) jak burza włosów na głowie. Z trudem odkładałam książkę w środku nocy.

Bardzo podobała mi się opowieść o kobietach, które odważyły się opowiedzieć o tym, jak wyglądają relacje czarnoskórych służących w domach białych państwa, a trzeba wiedzieć, że nie zawsze były prawidłowe. W książce chodzi nie tylko o problem segregacji rasowej i tolerancję, ale i ogólnie o różne aspekty relacji międzyludzkich.

Zawsze zwracam uwagę na język i narrację. Tu głos oddawany jest kolejno trzem bohaterkom, ale mamy też rozdział opowiedziany przez narratora zewnętrznego (relacja z balu charytatywnego). Co do języka, to rozumiem zastosowanie zabiegu stylizacji na prostą i nieraz błędną mowę osób niewykształconych, ale trochę drażniły mnie te wszystkie "dzisiej", "lubieją", "tutej" itp. Nie bardzo wiem, czemu pomoce domowe zwracały się per "panienko" do mężatych i dzieciatych kobiet- swoich chlebodawczyń.

Doceniam pokorę autorki, która w posłowiu opisała pobudki napisania tej powieści i dała do zrozumienia, że jej historia jest podobna do Skeeter, a ona sama spłaca pewien dług (względem swojej niani ). Zaznaczyła, że może napisała za wiele, a może za mało, nie rości sobie praw do wiedzy, jak czuły i co myślały czarnoskóre kobiety w latach 60-tych w Missisipi, czy w ogóle.

To fikcyjna opowieść, ale bardzo prawdziwa pod względem emocjonalnym. Ciepła, poruszająca, słodko - gorzka. Postawiłabym "Służące" na półce z prozą Fanny Flagg, tak mi się one kojarzą "klimatycznie" i nie chodzi mi tu tylko o Południe USA. Z całą pewnością nie zapomnę tej książki i gorąco ją polecam.

PS. Są książki, które prowadzą do innych książek. Tym razem kierunek brzmi: "Zabić drozda". No nie czytałam.

czwartek, 19 maja 2011

„Uwięziona w Teheranie” Marina Nemat

Recenzja z "zapasów", pisana jakiś czas temu na spotkanie DKK.Wstawiałam ją już tu i ówdzie. Przypuszczam, że jeszcze nieraz wkleję coś już gotowego, bo na pisanie na bieżąco nie bardzo mam czas, ale postaram się ;-)


Czytając ten bestseller wydany w 22 językach na świecie miałam mieszane uczucia. Z jednej strony ładnie opowiedziana, zajmująca i poruszająca historia, przedstawiająca  nam kulisy islamskiego reżimu w Iranie i dramatyczne losy młodej kobiety, z drugiej- zanadto uładzona opowieść wspomnieniowa, w której bardziej znać rękę redaktora niż autorki.
Według Alfreda Hitchcocka, „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. Tę zasadę można również zastosować do literatury. Niestety, książka  „Uwięziona w Teheranie” pozbawiona została wzrastającej skali napięcia. Jakoś trudno mi było przejmować się tym, jak bohaterka zniesie tortury i czy przeżyje egzekucję, skoro od pierwszych stron wiedziałam, że Marina cała i zdrowa mieszka sobie w Kanadzie i wiedzie szczęśliwe życie z rodziną. Gdyby opowiedzieć całą historię, a dopiero na końcu umieścić informację o obecnym statusie bohaterki, która zdecydowała się ujawnić dramatyczne wspomnienia, odbiór całości byłby zdecydowanie lepszy, przynajmniej w moim odczuciu.
Nie jest to pierwsza publikacja poruszająca problematykę kultury islamskiej i sytuacji(pozycji społecznej) kobiet na Bliskim i Dalekim Wschodzie, jaką czytałam. Stąd może nieco wybredny ton moich refleksji. Nie mam jednak podstaw, by całkowicie negatywnie ocenić książkę M. Nemat. Przyznaję, że historię Iranki czyta się niemal jednym tchem i nie brak w niej dramatycznych przeżyć i dylematów. Warto poznać tę książkę, chociażby dlatego, by szerzej zainteresować się problematyką religijną, polityczną i  społeczną innych kultur.

piątek, 11 lutego 2011

"Kara" Maja Wolny

Do sięgnięcia po tę książkę skłoniła mnie zakładka, którą dodano do jakiejś innej publikacji wydawnictwa Prószyński i S-ka. Oprócz zdjęcia okładki była na niej rekomendacja Olgi Tokarczuk:
"Nadzwyczaj szczery monolog o życiu w obcym kraju, wyobcowaniu i zagubieniu. Poruszające i wrażliwe pisarstwo wysokiej próby."
Ponadto zaintrygował mnie tytuł. Kto i za co został ukarany?
Nic dziwnego, że gdy zobaczyłam "Karę" na bibliotecznej półce, to poczułam, że muszę to przeczytać.
Kim jest autorka?
Otóż Maja Wolny (ur. 1976) to dziennikarka, eseistka, doktor nauk politycznych i europejski menedżer kultury. Studiowała w Krakowie, Warszawie i Brukseli. Pisała dla "Polityki", od 2003 r. kieruje w Belgii Fundacją Post Viadrina, która stanowi miejsce spotkań ludzi i książek z Europy Wschodniej. Napisała książkę o współczesnej nowomowie "Język sukcesu"oraz współtworzyła "Kronikę śmierci przedwczesnej", zbiór esejów o tragicznie zmarłych artystach. Powieść "Kara" jest jej debiutem w tym gatunku.
O czym jest książka?
Wszystkiego nie opowiem, albowiem nie znoszę streszczeń. Uchylę  tylko nieco drzwi....
Karolina w swoje 30-te urodziny jedzie autostradą E 40 z Krakowa do Brukseli, dokonuje bilansu swego dotychczasowego życia. Opowiada burzliwe dzieje swojego teścia, polskiego żołnierza, który po wojnie osiedlił się w Belgii i budował autostrady. Na przemian z tą historią przedstawia losy własnego małżeństwa, które było równie obfite w zawirowania.
W powieści aż kłębi się od uczuć i przeżyć. Mamy tu  miłość, nienawiść, zdradę, samotność, walkę z depresją, poszukiwanie własnej życiowej ścieżki, konfrontację z cieniami tragicznej przeszłości.
Odnosząc się do opinii Tokarczuk, muszę przyznać, że rzeczywiście motyw wyobcowania i zagubienia jest wyraźnie obecny, wręcz uwypuklony. Jan jest profesorem specjalizującym się w migracjach  w Europie. Jego ojciec był emigrantem wojennym, Karolinę życie skłoniło do szukania swego miejsca na ziemi poza ojczyzną, w Belgii szczęścia szukają Igor z Białorusi i Viki z Uzbekistanu. Oprócz tych "realnych" emigrantów, mamy emigrantów "duchowych" - tych, którzy uciekają w chorobę, romans, samotność czy nienawiść.
Ważną rolę odgrywa motyw autostrady. W pewnym sensie łączy ona losy bohaterów,  symbolizuje emigrację, wyjazd ze Wchodu na Zachód Europy, szansę życiową. Paradoksalnie autostrada sprawia, że miejsca przybliżają się do siebie, ale ludzie  się oddalają.
Trudno mówić o tej książce, mam  wrażenie, że bardzo spłaszczam jej problematykę.
Zakończę cytatem:
"Życie jest autostradą, na której codziennie zdarzają się wypadki, bo niezliczone możliwości zachowań ludzkich krzyżują się tutaj we wszystkich kierunkach." 
(M.Wolny, Kara, Warszawa 2009, s. 211.) 

wtorek, 8 lutego 2011

Toffi

Oddałam w bibliotece "Słonie...", pożyczyłam "Dziesięciu murzynków". Były jeszcze inne tomiki Christie, ale niewiele, nie chciałam też brać dużo, bo  w domu w kolejce do czytania czekają: "Kara" Mai Wolny, "Walkirie" Coelho, "Buba" Kosmowskiej (tę wypożyczyłam dla przypomnienia), przerwana lektura "Lotty w Weimarze" T. Manna, i całe stado własnych, czy to wygranych, czy kupionych książek.
Teraz zamierzam zrobić sobie budyń o smaku toffi - chodził za mną od paru dni...
- i czytać, czytać...
Smacznego! ;-)

poniedziałek, 7 lutego 2011

Lepiej póżno niż wcale, czyli moje spotkanie z Agathą

Wstyd się przyznać, ale do tej pory nie przeczytałam żadnej książki Agathy Christie. Jakoś nie było mi po drodze. W ogóle literatura kryminalna nie należała do tych gatunków, po które często sięgałam. Jednakowoż czułam potrzebę zaznajomienia się z klasyką gatunku, spróbowania. Kiedyś już nawet coś wypożyczyłam, ale oddałam nie przeczytane. Widocznie wtedy był "nie ten czas".
Ostatnio nie znalazłam na bibliotecznych półkach nic ciekawego, podeszłam wiec do regału z kryminałami. Wybrałam "Słonie mają dobrą pamięć", malutkie wręcz kieszonkowe wydanie. Znakomite na podróż pekaesem/busem/pociągiem. No i chyba "załapałam". Wartka akcja, wyrazista proza, bez niepotrzebnych dłużyzn. Nie mogłam się doczekać rozwiązania zagadki, a gdy już sama nabrałam pewnych podejrzeń, nie mogłam się doczekać, kiedy moja teoria się potwierdzi (bądź nie).
Teraz już z ochotą sięgnę po kolejne tomiki Agathy Ch. 

czwartek, 21 października 2010

Wahania temperatury uczuć- "39,9" Moniki Rakusy

Dawno już żadna książka nie wywołała we mnie tak szerokiego spektrum wrażeń. Najpierw – ciekawość. Wydawnictwo i seria ( „z miotłą”) znajome, ale nazwisko autorki i tytuł zupełnie nic mi nie mówiły. Omyłkowo sądziłam, że to książkowa wersja pewnego serialu z Tomaszem Karolakiem w roli głównej. Okazało się, że nie. (Zresztą to dla mnie bez różnicy, jako że i tak nie oglądałam żadnego odcinka.) Potem nastąpiła feeria wrażeń estetycznych. Rzut oka na okładkę… a tam… oko. Wielkie błękitne oko zdobiące twarz w stylu kubistycznym. Nieomal Picasso. Nad okiem – błękitny mózg przypominający chmurę, albo chmura przypominająca mózg. Może to symbol bujania w obłokach i myślenia o niebieskich migdałach? A może to ilustracja uzewnętrzniania myśli? Coś w tym musi być, albowiem nawet w kubistycznym portrecie raczej nie pokazuje się wnętrza czaszki. Gratulacje za intrygującą okładkę należą się Joannie Szachowskiej- Tarkowskiej.
 Początek książki przyniósł mi nadzieję i … rozczarowanie. „1 stycznia. Dzień postanowień. Do moich czterdziestych urodzin powinnam schudnąć znacznie…”- zapachniało miłym czytadełkiem w stylu Bridget Jones. Już się ucieszyłam na relaksujące czytanie do poduszki o perypetiach czterdziestolatki „we współczesnym świecie pełnym wyidealizowanych kształtów”( cytuję notę z okładki), a tu wraz z kolejnymi stronami rzedła mi mina. Nie tego się spodziewałam. A oto, co znalazłam: strumień świadomości
(akurat dobry pomysł na oddanie gonitwy myśli, zwłaszcza w kobiecym pamiętniku), zapiski i wstawki rozmaitego kształtu: wspomnienia z dzieciństwa, przemyślenia, notatki z codziennego życia rodziny, ale też np. wykaz przeczytanych i nieprzeczytanych książek, wiersz o wiośnie i miesięczną statystykę snów. Drażnił mnie dziwny zabieg narracyjny: w typowej dla dziennika pierwszoosobowej formie wypowiedzi bohaterka nagle mówiła o sobie w trzeciej osobie (np. zapisek z datą 26 lutego). Podejrzewam, że chodziło tu o spojrzenie na siebie z zewnątrz, z dystansu. Niezbyt podobało mi się też żonglowanie czasem. Pod płaszczem bieżących dat snuły się wspomnienia z dzieciństwa przeplatane refleksjami. Zbyt wiele w tym bałaganu, pośpiechu, gorączkowości opowiadania. Stąd może też to tytułowe „ 39.9”. W gorączce trudno, bowiem o klarowność myśli. Nie mogłam też przekonać się do „podmiotu mówiącego”. Bohaterka zmaga się z traumą z dzieciństwa- samotnością, trudnymi relacjami z matką inwalidką, drąży kwestię swej tożsamości i żydowskiego pochodzenia, dręczą ją wojenne losy przodków. Czytając o jej histerycznej reakcji, gdy z powodu objazdu drogowego znalazła się w pobliżu Oświęcimia, miałam ochotę definitywnie odłożyć tę książkę. Z premedytacją zrobiłam sobie przerwę i sięgnęłam po inną powieść- też o kobietach tuż przed czterdziestką, borykających się z rozmaitymi problemami, ale napisaną w zupełnie inny sposób, tradycyjną narracją odautorską - a mianowicie po „Klub mało używanych dziewic” Moniki Szwai. Po tej porcji uśmiechów i wzruszeń powróciłam do debiutu Rakusy. I o ile na początku byłam skłonna twierdzić, że „Rakusa mnie nie wzrusa”, tak im dalej w las, mniej więcej po 140 stronie, zmieniłam zdanie. Zapiski stały się bardziej uporządkowane, zaczęły przypominać małe felietoniki (np. „8 czerwca, praktyczne skutki kobiecej bezwzględności”, czy „9 czerwca. Domniemanie winy”. Czytając „39,9” nie byłam w nastroju na filozoficzno- psychologiczne rozważania z depresją i echem Holokaustu w tle. Może dlatego ta książka do mnie nie trafiła.
 Zastanawiało mnie, na ile ta powieść jest autobiograficzna, a na ile jest wytworem wyobraźni literackiej psychologa społecznego i dziennikarki w jednej osobie, czyli Moniki Rakusy. Dzięki temu, że nie poddałam się w lekturze, znalazłam wyjaśnienie- w zapisku z 30 czerwca:
„Przeczytałam dzisiaj całość dziennika. (…)Czy ta zimna i sentymentalna neurotyczka to ja, a jeśli ja, to w jakim stopniu? Gdybym ją na przykład uśmierciła pod koniec, rodzina zaczęłaby mnie pilnować.(…)Niepotrzebnie. Bo jestem od niej daleko i tylko ze względu na znaczne biograficzne podobieństwo chciałabym jej zbyt surowo nie oceniać.”
Rodzi się tu pytanie, czy autorką dziennika jest autorka publikacji, czyli pani Rakusa, czy bohaterka? Gdzie jest ta delikatna granica autor- narrator- bohater? Czy to trzy różne byty, a może trzy wersje tego samego? Nawet nie przypuszczałam, że lektura „39,9” doprowadzi mnie do rozważań teoretyczno literackich, a także do dylematu - polecać, czy odradzać, oto jest pytanie….

Moja lista blogów