poniedziałek, 14 marca 2011

Biblioteczne zdobycze plus, czyli stosik w wersji płaskiej ;-)

Dziś korzystając z niesamowicie pięknej pogody wybrałam się do biblioteki. Ależ się ucieszyłam, gdy pani bibliotekarka powiedziała, że już wróciła "Maria i Magdalena" M. Samozwaniec, o którą tyle razy pytałam, a ktoś ją przetrzymywał długo. Wreszcie poczytam o siostrach Kossakównach i wsiąknę w niezwykły klimat dwudziestolecia międzywojennego...  
Z półek wybrałam:
- "Gonić króliczka" Marioli Zaczyńskiej - o tej autorce czytałam bodajże na stronie "Czytajmy polskich autorów", książka wydała mi się w sam raz do poduszki, lekka taka na wiosnę ;-) a tu macie blog autorki:
- "Na końcu tęczy" C. Ahern. Kto czytał "P.S. Kocham cię" ten wie, dlaczego sięgnęłam po kolejną powieść młodej Irlandki.
- "Plebejka" J.B. Schwartz -kierowałam się intuicją, nie słyszałam o tej książce nic wcześniej,
z noty od wydawcy:
"Fascynująca historia niezwykłej kobiety, która weszła do japońskiej rodziny cesarskiej. Niepowtarzalna literacka przygoda, intymna i egzotyczna w swoim klimacie.Jest rok 1959. Haruko, młodziutka dziewczyna z dobrego domu, wychodzi za mąż za ...księcia Japonii.(...)"

Na zdjęciu umieściłam jeszcze "Fabrykę muchołapek" Andrzeja Barta-ze zbiorów własnych. Czytam to ostatnio nocami, jak nie mogę spać.  To dziwna książka, ciekawa i niebanalna, inne spojrzenie na sprawę Holokaustu, w klimacie "Procesu " Kafki, mieszanina czasów i postaci....Nielekka tematyka, ale dobrze się czyta. Dodam, że autor jest również scenarzystą "Rewersu".

Zatem mam co czytać przez najbliższe dni, a miałam robić wiosenne porządki... ech... ;-)

piątek, 11 marca 2011

Za mną i przede mną.....

Przeczytałam wczoraj dramat "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" Doroty Masłowskiej. Książka dosłownie na jeden ząbek ( bo to sztuka, tylko 3 akty), ale może od niej rozboleć cała szczęka. Język Masłowskiej jest specyficzny, nowoczesny, ale do mnie jakoś nie przemawia. Tytułowi "Rumuni", Parcha i Dżina zanurzeni w narkotykowo- absurdalnym świecie, pokazani  zostali w scenach z Kierowcą (któremu na siłę wepchnęli się do samochodu jako autostopowicze), Kobietą (pijaną piratką drogową), Barmanką i Dziadem. Wszyscy są dziwni, patologiczni. Parcha ( gra księdza w serialu)  i Dżina (w ciąży, zastanawiająca się czy odebrała dziecko z przedszkola) to przebrani imprezowicze, nieszczęśliwi w sumie, gotowi nawet popełnić przestępstwo, żyją bez skrupułów i bez celu...
Gorzki to obraz społeczeństwa.
Nie podobała mi się ani forma, ani treść, ani język... Nie mam nawet ochoty analizować tego dramatu, doszukiwać się przesłania... Może i nie zrozumiałam, trudno.
Z czystej ciekawości czytałam również "Wojnę polsko - ruską..." i "Pawia królowej". Przeczytałam - poznałam- podziękowałam. Nie moja bajka.

Teraz jestem w trakcie "Opowieści rodzinnych "Siesickiej (sentymentalnie tak).
Wczoraj przyszły( a raczej kurier je przyniósł) "Trucicielka" E.E. Schmitta i "Ogród wiecznej wiosny" C. L. Barrio. Kuszą.
Na półce też "Więzień" J. Adalida - wygrany w konkursie
Czekam na :"Jeźdźcy z piekieł: Hellequin" Cornwella (wygrany) oraz na książkę Janiny Bauman od czasopisma Bluszcz.

 No i co teraz? Im większy wybór, tym trudniej się zdecydować. W poniedziałek pójdę do biblioteki.... ;-)




czwartek, 10 marca 2011

"Pensjonat" Piotra Pazińskiego, czyli archeologia pamięci

Przyznam, ze dawno nie czytałam tak ładnej prozy. Ładnej, w sensie: literackiej, sugestywnej, poetyckiej, nawet powiedziałbym klasycznej. Czasem mam wrażenie, że literatura współczesna jest zbyt potoczna, a przecież otwierając książkę, chcemy chyba nieco innego języka niż słyszymy  na co dzień. Nie musi to być jednak jakiś szczególnie wyrafinowany dyskurs, można pisać prosto, zroumiale, a ładnie, "odświętnie"....

Laureat Paszportu Polityki 2009  - Piotr Paziński (ur. 1973), filozof, redaktor pisma "Midrasz", autor monografii o "Ulissesie" J. Joyce'a - zadebiutował znakomitą prozą.
Chwali go profesor M. Głowiński: "jest to debiut wybitny, ze wszech miar godny uwagi. Proza przejmująca i niezwykle sugestywna (...)". 
Krytyk literacki J. Sobolewska podkreśla: "Paziński unika patosu, za to sprawnie operuje ironią i humorem. to powiastka filozoficzna o trwaniu, przemijaniu i rozpadzie, a zarazem literacki obrzęd wskrzeszania pamięci."
Tyle z okładki. Teraz czas na moje refleksje.
Bohater- młody mężczyzna - przyjeżdża do pensjonatu, gdzie jako dziecko pewnie co roku spędzał kilka miesięcy z babcią. Jak sam mówi, przyjeżdża "do siebie", "ja jestem stąd". Dom wczasowy to jego korzenie, miejsce szczęśliwego dzieciństwa. Teraz wszystko wygląda inaczej niż dawniej. Ścieżki w ogrodzie wydają się krótsze, a pokoje mniejsze... Przeszłość ożywa w postaci obrazów i głosów. Bohater wspomina dawnych mieszkańców, klimat tamtych dni... Pamięta smak landrynek, którymi częstował go doktor Kahn, łódki z kory, które robił mu pan Leon i model kosmosu układany z patyków, orzechów, jabłek... Słyszy echa dyskusji na tematy religii, filozofii, polityki, jakie snuli panowie Abram i Leon... Pudełko starych pocztówek i zdjęć, przechowywane prze wiele lat przez panią Tecię staje się akceleratorem wspomnień, podobnie rozmowy ze staruszkiem Jakubem i całe otoczenie. Powieść, a raczej dłuższe opowiadanie, dotyka w dużej mierze tematyki żydowskiej, ale generalnie porusza problem przemijania, pamięci, zatrzymywania przeszłości w kadrach wspomnień....
Bohater mówi:
"Zdaje mi się, że wszystko,co tutaj robię, to archeologia pamięci zapadłej w mroku, jak te drzewa i jak resztki drewnianych domów."(s. 73)
"Moja przeszłość tkwi we mnie głęboko, lecz kiedy staram się do niej dotrzeć, natrafiam na wydrążoną pustkę, jakbym urodził się wczoraj, a wszystko, co dawniej się wydarzyło, było tylko gąszczem cienistych obrazów, zetlałych i rozsypanych w drobiny atomów, o których opowiadał pan Leon." (s. 103) 
  Podobał mi się język i nastrój tej książki. Może zbyt mglisty i sentymentalny jak na wyczekiwanie wiosny, ale warto było poznać "Pensjonat".  Gdybym miała pokusić się o porównanie, to wyczułam jakby odrobinę B. Schulza, trochę J. Iwaszkiewicza....
Zapraszam do zagłębienia się w tę "archeologię pamięci", ciekawe materiały na temat tej książki (wywiady, recenzje, fragmenty...) znajdziecie na tej stronie:

Wpadłam na nią przypadkiem, szukając zdjęcia okładki, by wstawić do tego posta. 

P. Paziński, Pensjonat, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2010 (wyd. II)



środa, 9 marca 2011

Leniwiec

Jestem z natury leniwcem. Trudno mi się zebrać do pisania....Czytam "Pensjonat", spróbuję się zmobilizować do sporządzenia notatki o tej książce.
Dziś listonosz przyniósł mi "Więźnia" wygranego w konkursie na portali nakanapie.pl. Księga gruba, duże litery, zapowiada się ciekawie. Tymczasem jakoś tak mam, że własne książki (częściej wygrane niż kupione) odkładam na półkę, a czytam te biblioteczne... wychodzę z założenia, że własne będę czytać wtedy, gdy  nie będę mogła iść do biblioteki (co niedługo może okazać się rzeczywistością, z małym czytelnikiem) ;-)
Może wstawię tu jeszcze jakieś recenzje z zapasów (pisanych do szuflady albo na DKK), ale jakoś tak bez przekonania.... 
 Słonecznie pozdrawiam ;-)

poniedziałek, 7 marca 2011

Wio- sennie

Tak mi dziś sennie, choć lekko wiosennie. Pałętam się bez celu po stronach wielu. Kurs na konkurs. Dryf na gryf.
Wczoraj na długim spacerze zaobserwowałam, że krety ryją na potęgę. Czyli chyba wiosna ku nam zmierza.
W lekturze: "Fikołki na trzepaku" M. Kalicińskiej, wspomnienia z dzieciństwa, całkiem szybko się to czyta, ale wrażenia średnie.
W kolejce: "Opowieści rodzinne"K. Siesickiej (czyli Falbanki, Wachlarze, Woalki  razem wzięte). Mam ochotę na takie właśnie czytadła.
A jak mi się zmieni nastrój, to czeka "Pensjonat" laureata Paszportu Polityki- P. Pazińskiego i "Dwoje Rumunów...."D. Masłowskiej (skoro tę sztukę grają nawet na scenach NY- i chwalą-to warto ją poznać).

Oooo, galaretka! Agrestowa! Przypomniało mi się, że czeka na mnie w lodówce. To idę ;-)

czwartek, 3 marca 2011

Howard Jacobson „Wieczory kaluki”

Uwaga, uwaga: przed czytaniem wstrząsnąć ;-)

Nieczęsto zdarza się, żeby to, co znajdujemy na tylnej okładce – rekomendacje krytyków, fragmenty prasowych opinii, krótkie podsumowanie dzieła – idealnie odpowiadało zawartości książki, zwykle są to informacje „na wyrost”, mające na celu zachęcić nas do zakupu danej publikacji. Tymczasem „Wieczory kaluki” wydawnictwa Cyklady opatrzone są notą, która doskonale pokazuje, czego możemy się spodziewać po lekturze tego grubaśnego tomu. Cytaty z recenzji z pism Sunday Telegraph i The Observer również są niezwykle trafne. Rzeczywiście, utwór Jacobsona może śmiało pretendować do miana „najbardziej żydowskiej powieści, jaką kiedykolwiek napisano” oraz do wielu literackich nagród. 
Brytyjski pisarz zaskakuje czytelnika ogromną śmiałością w budowaniu nietypowego obrazu żydowskości, komizmem, ironią, poczuciem humoru. Ustami bohatera Maxa Glickmana opowiada o losach rozmaitych postaci, są wśród nich żydzi i goje, ateiści i religijni ortodoksi, konserwatywni starzy i postępowi młodzi, rodzice i dzieci, kobiety i mężczyźni… W tej pełnej dygresji gawędzie pojawia się mnóstwo tematów: zbrodnia, zakazany romans, echa Holokaustu, cierpienie, fascynacja, problematyka tożsamości i człowieczeństwa, rozmaitego typu konflikty (pokoleniowe, kulturowe, religijne…) i relacje międzyludzkie (rodzinne, koleżeńskie, międzynarodowościowe…itp.)
Zastanowił mnie tajemniczy tytuł. Co to, do licha, są kaluki? Okazało się, że nie jest to żadne żydowskie święto, ani egzotyczna potrawa, tylko… gra karciana! Ulubiona rozrywka matki Maxa i pretekst do towarzyskich spotkań. Wieczory kaluki to jedyny stały element w życiu pełnym ciągłych zmian, nic nie jest w stanie zmienić przyzwyczajeń pani Glickman i jej przyjaciółek, nawet śmierć męża, zapalonego ateisty i byłego boksera (warto zwrócić uwagę na tę postać). Kaluki to gra, w której trzeba umieć przewidywać, pamiętać, które karty już „zeszły”, a które są nadal w rozgrywce; oprócz szczęścia w rozdaniu trzeba nieźle główkować, aby wygrać. Może kaluki to metafora życia i międzyludzkich relacji?
Proza Jacobsona jest zabawna, ale i kontrowersyjna, czasem refleksyjna, czasem wulgarna. Mimo wszystko dobrze się ją czyta. Jedyny zarzut to obszerność, odnoszę wrażenie, że w nieco krótszej formie ta historia nie straciłaby na wartości, a może i zyskała więcej czytelników – obecnie odstraszonych rozmiarem książki. Generalnie rzecz biorąc: polecam, ale ostrzegam, bo to specyficzna lektura.

wtorek, 1 marca 2011

Moja lista blogów