czwartek, 29 września 2011

Stosik wrześniowy 2

Zebrałam najnowsze zdobycze, które już zdążyły rozpełznąć się po domu i zbudowałam stosik. Zrobiłam zdjęcie, zgrałam i już miałam wstawiać, gdy przypomniało mi się o jeszcze jednej książce, ulokowanej przy łóżku- albowiem jestem w trakcie lektury. Musiałam więc powtórzyć sesję. Oto efekt:

Od góry:

  1. Zakręty losu - wygrana na blogu u Sabinki, z osobistą dedykacją od Autorki. Zakładka świadczy o tym, że się już dobrałam do pysznej zawartości i zostało mi mniej niż pół.
  2. Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki - pożyczone od Justynki.
  3. Gnój  -  zakup na Targu z Książkami, czytałam, ale chciałam mieć do kolekcji (Mam prawie wszystko Kuczoka).
  4. Na glinianych nogach -  również zakup na Targu..., dzięki niemu wreszcie zapoznam się z Pratchettem.
  5. Sprawiedliwość owiec - znowu kłania się Targ... Czytałam, ale skoro mamy "Triumf owiec"...
  6. Saturn - z biblioteki.
  7. Cudowna moc miłości - tę i kolejną z własnej inicjatywy przyniosła mi koleżanka, która ode mnie pożyczała książki, tytułem tymczasowej wymiany,  ten tytuł bynajmniej mnie nie kusi, ale w oryginale brzmi "Angel falls", więc może nie będzie to  aż tak cukierkowo romansowe...
  8. Księżyc we łzach -(jak wyżej)
  9. Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza-  dla Elwirki ( w sumie to dla mnie też, sentymentalny powrót), zakup w bardzo korzystnej cenie w księgarni halaster.pl
  10. Kolekcja: Książki dla małych i dużych- Wiersze J. Brzechwy - z kiosku, dla Elwirki. 
Jak skończę "Zakręty...", zabieram się za "Saturna", a następnie... no właśnie za co? Ktoś ma jakiś pomysł? W grę wchodzą także książki z poprzedniego stosiku. Czekam na sugestie ;-)

Dziś, gdy spojrzałam na najnowsze wpisy na mojej liście blogów, myślałam,ze troi mi się w oczach.... Trzy recenzje książki "Matki, żony, czarownice" J. Miszczuk. Co za synchronizacja! ;-) Przeczytałam wszystkie opinie, jedna czytelniczka  zadowolona, druga nieco rozczarowana, trzecia umiarkowanie, ale chwali. Przyznam, że mnie jakoś nie ciągnie, a kieruję się nie tyle tymi wypowiedziami, co intuicją. 

Konkursowo jestem nadal "zamyślona w zieleni", choć trochę już znużona... 10 etapów, gdzie na każdy trzeba coś napisać, to  trochę za długo moim zdaniem.
JIKomania trwa w najlepsze. Glosowanie do niedzieli włącznie.

Kulinarnie - dziś było eksperymentalnie. Krupnik z kalafiorem? - czemu nie! Zresztą ja nigdy nie gotuję zup według wzorca, tylko wrzucam, co mi się nawinie (czytaj: co akurat mam w lodówce). Objadam się darami jesieni, pestki słonecznika, orzechy, gruszki....
O, muszę kupić pocztówkę do wymiankowej paczuszki... - orzechy dobrze wpływają na pamięć, od razu mi się przypomniało ;-)

Tymczasem!


środa, 28 września 2011

Głosowanie - JIKomania trwa!

Dziś miałam napisać coś zupełnie innego, ale dzień okazał się z gatunku tych trudniejszych. Jestem wyczerpana i potrzebuję chwili oddechu i rozrywki, toteż włączyłam muzyczkę i podczytuję tu i ówdzie blogi, artykuły...  Zamiast recenzji (w strzępkach na kartce mam kilka zdań) będzie więc informacja i prośba.

Na blogu "Projekt Kraszewski" został zorganizowany konkurs, w którym wzięłam udział. Zadanie polegało na ułożeniu 5 zdaniowej historyjki zawierającej minimum 10 tytułów JIK-owych utworów. Można było nadesłać więcej niż 1 pracę, napisałam dwie (na więcej nie miałam weny, ale i czasu). Aby było uczciwie, to nie mogę zdradzić, które teksty są moje (pozostawiam to Waszej intuicji, hihihi), ale i tak zachęcam do głosowania. Wszystkie prace są pomysłowe i fajne. Głosować może każdy (przewidziane losowanie nagrody wśród głosujących), wybieramy 3 prace, przyznając im kolejno 3, 2 i 1 punkt. Szczegóły i miejsce do głosowania tutaj:
 http://projekt-kraszewski.blogspot.com/2011/09/konkurs-jikowa-tytuomania-faza-druga.html

Miał być stosik, książki mi się nieco rozpełzły, bo przeorganizowałam półki, ale będzie wkrótce, może jeszcze we wrześniu się załapie...
Mam też pomysł na październik, ale to pożyjemy, zobaczymy....;-)
Tymczasem!

niedziela, 25 września 2011

Rachunek

... od zwykłych rzeczy naucz się spokoju...”
/ks. J. Twardowski/
Rachunek

Szła przez park tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to wysokie obcasy nowych butów. Kosztowały niemal pół wypłaty, a wcale nie były wygodne. Zachciało jej się ekstrawagancji... „lubutę w tę i w tę” przedrzeźniała nazwę obuwniczej marki. Nerwowo zaciskała pięści. Oprócz miętowej gumy przeżuwała stek wyzwisk i przekleństw. Chabrowe oczy ciskały piorunami na wszystkie strony.
Jak on mógł! Drań skończony! Czekała na niego ponad czterdzieści minut. Nie zamierzała robić afery o spóźnienie, w końcu różne rzeczy się zdarzają. Lada moment zaćwierka komórka i wszystko się wyjaśni. Cisza przedłużała się złowrogo. Wyobraźnia zaczęła podsuwać czarne scenariusze kraksy samochodowej lub śmierci przez zaczadzenie. Bębniła turkusowymi paznokciami po blacie kawiarnianego stolika, co chwilę zerkała na telefon, rozglądała się. Już zaczynano dziwnie się na nią patrzeć. Nie wytrzymała, drżącymi palcami wystukała smsa. Co z tobą, gdzie jesteś? Odpisał natychmiast. Sorry, dziś nie mogę. Ręce i nogi opadają, co on sobie wyobrażał? Kretyn jeden! Że tak można po prostu ją olać? Nie przyjść i nie dać znaku życia? Jak kamień w wodę, dopiero ona sama musiała mu przypomnieć o swoim istnieniu... Niepotrzebnie traciła czas. Zerwała się jak burza, przewracając niechcący krzesełko i wybiegła z lokalu. Pełne oburzenia, a raczej zdziwienia „Halo, rachunek...” kelnerki odbiło się echem od ściany i zaplątało w zasłony.
Szła na skróty. Nie chciała, by ktokolwiek widział ją w tym stanie. Była zła, rozczarowana, upokorzona. Czuła się jak idiotka, która nie zasługuje na żadne wyjaśnienie, na przeprosiny, którą można bezkarnie wystawić do wiatru. Ja mu pokażę! Zatłukę łyżeczką od herbaty! Wstąpiła w nią furia. Drzewa, gdyby mogły, ustępowałyby jej z drogi. Ławki umykałyby z podkulonym ogonem. Tylko parkowa fontanna szumiała beztrosko w rurze mając czyjekolwiek problemy. Przez park do domu było najbliżej i o dziwo całkiem bezpiecznie, Zwłaszcza, że zmierzch jeszcze nie zamierzał rozpościerać skrzydeł. Zieleń działała kojąco. Złość powoli wyparowywała, wyciekała przez końcówki długich rudych włosów i wsiąkała w trawę. Miarowy stukot obcasów pomagał się wyciszyć. Stuk – puk – stuk – puk – ałłaaaaaaaaaa! Skąd tu się wziął ten cholerny kamień! Do licha! Na szczęście gdzieś w torebce są mentosy... Przykucnęła badając stan swych nieszczęsnych szpilek.
Spośród traw wyskoczyła niewielka szarozielona żabka. Przycupnęła na tym pechowym głaziku i łypnęła okiem na to dziwaczne duże stworzenie, które mocowało się właśnie z papierkiem od cukierków. Rudowłosa znieruchomiała na sekundę i wybuchnęła dzikim nieposkromionym śmiechem. Witaj, mości książę! Niech ucałuję twój żabi pyszczek! A to ci przygoda! Jak ręką odjął, zniknęła cała furia, gdzieś się podziało rozgoryczenie i chęć zemsty na bezmyślnym osobniku płci przeciwnej. Nawet obdarty obcas odpłynął w niepamięć. W oczach zapaliły się radosne gwiazdeczki, a serce oblał spokój. Niemal kamienny. Szkoda życia, by przejmować się tym, co w istocie nie jest ważne. Nie warto szarpać sobie nerwów, przez tych, do których po prostu brak słów. Trzeba było kamienia pod stopą i żaby mądrej doświadczeniem natury, aby to zrozumiała. Wstała z trawy, łagodna i spokojna. Z lekkim uśmieszkiem błądzącym w kąciku ust wykasowała numer telefonu niefortunnego delikwenta i lekko utykając, poszła z powrotem do kawiarni uregulować niezapłacony rachunek za mineralną i lekcję życia.



 W/W tekst uczestniczył w konkursie "Zamyśleni w zieleni".

sobota, 24 września 2011

Top -10: Ulubione lektury szkolne

Odkąd Futbolowa zapoczątkowała akcję Top 10, miałam ochotę się przyłączyć, ale jak dotąd ograniczałam się do komentarza u prekursorki. Dziś postanowiłam napisać własny post, choć lenistwa nie przełamałam i  obrazków nie będzie. Dłuższych wyjaśnień także nie. Zresztą późno się robi, a ja bym chciała jeszcze poczytać....Zatem ad rem:


Jestem z tych, co podstawówkę kończyli osmioklasową, a potem czteroletnie liceum. Lektury szkolne czytałam z przyjemnością, bo czytać i poznawać nowe lubiłam. Nie przeczytałam tylko drugiego tomu "Krzyżaków" (poprzestawszy na najpotrzebniejszych fragmentach, np. opis bitwy) oraz  nie skończyłam "Rozmów z katem" (z racji opóźnienia z programem w 4 klasie omawialiśmy lektury biegiem). Wymienię ulubione lub te, które w jakiś szczególny sposób zapamiętałam. Kolejność przypadkowa. Nie uwzględniam wyborów poezji.

  •  Ten obcy, I. Jurgielewiczowa - niekwestionowany przebój podstawówki ( bodajże klasa 6). Ach ten Zenek...a w wypracowaniu na temat "jak wyobrażasz sobie dalsze losy Zenka..." zrobiłam błąd w słowie "alkohol" (Gdyby ktoś się dziwił, co ja tam wypisywałam, to przypominam, ze ojciec bohatera był alkoholikiem);
  • Pilot i ja, A. Bahdaj -  opowiadanko dla pierwszaków, o tym, jak chłopcu przyśniło się, że latał.... Przyszła do nas na zastępstwo pani, która w starszych klasach uczyła historii i przy okazji omawiania tej lekturki opowiedziała nam o... katastrofie lotniczej, w której zginęła Anna Jantar...ręce, nogi na drzewach.....miłe wspomnienie, co nie? ;-)
  • Ziemia, planeta ludzi, A. de Saint - Exupery - trochę się waham, czy to było lekturą, możliwe, że u nas czytaliśmy to w ramach uzupełniających, do wyboru. Podobało mi się, bo takie inne na tle pozostałych lektur.
  •  Lalka, B. Prus - no lubię i już, czytałam ze trzy i pół razy.... Zawsze stawiałam tę książkę w opozycji do "Potopu", którego nie lubię.
  • Chłopi, W. Reymont - za "moich czasów" to się całość czytało, a nie tylko 1 tom... (tzn. każdy czytał ile  chciał, chodzi mi oto , ile było w obowiązkowych lekturach zalecone), bardzo mi się podobało.
  • Inny świat, G. Herling- Grudziński - poruszająca tematyka.
  • Zdążyć przed panem Bogiem, H. Krall - jak wyżej, moje pierwsze spotkanie z tą autorką zaowocowało lekturą jej prawie wszystkich publikacji;
  • Mistrz i Małgorzata, M. Bułhakow - top wszech czasów.
  • Makbet, W. Szekspir - spośród "szkolnych" dramatów ten wybija się zdecydowanie na prowadzenie, choć "Dziady" też lubię (III i IV cz.)
  • Powrót posła, J. U. Niemcewicz - to się jeszcze czyta?? Za moich czasów" tak. Wspominam miło, bo kiedyś któraś klasa wystawiła tę sztukę całą, bodajże na akademii z okazji 3 Maja... i znakomicie to odegrali, w dodatku w strojach z epoki!!! Tzn, nie tak wiekowych, a stylizowanych ;-)
Miłego weekendu!

czwartek, 22 września 2011

Oplątani Mazurami, Katarzyna Enerlich

Wydawnictwo mg, 2011
Nazwisko Enerlich już kilka razy obiło mi się o uszy, a raczej o oczy gdzieś w blogosferze. Wiedziona intuicją dodałam je do listy autorów, z których twórczością chciałabym się bliżej zapoznać. Parę dni temu w bibliotece wpadła mi w ręce niewielka książeczka o pięknej, nastrojowej okładce. Nie mogłam nie przeczytać. I choć nie mam sentymentu do mazurskiej ziemi, ani nie przepadam za opowiadaniami, to proza  Katarzyny Enerlich oplątała mnie zupełnie. 

"Oplątani Mazurami"  to zbiorek osiemnastu utworów,  krótkich opowiadań z domieszką reportażu, łączących prawdę z literacką fikcją. Powstał w wyniku współpracy z mrągowskimi regionalistami  R. Bitowtem i R. Wróblem oraz własnej pracy reporterskiej autorki. Teksty pojawiały się na łamach pism "Bluszcz"  i "Natura i Ty" oraz na antenie Radia Planeta.
K. Enerlich ocala od zapomnienia ducha dawnych Mazur, wspomina czasy, gdy Mrągowo było Sensburgiem, opowiada o ludziach i przedmiotach. Kufer babci Hildy, kawałek pachnącego mydła, strzępek rękawa od sukienki, słoik miodu, skrzypce...- to w nich kryje się historia, z nimi wiąże się życie dawnych mieszkańców.... Przemijanie jest leitmotivem zbioru- śmierć, rozstanie, wyjazdy, ale są i powroty.... sentymentalne. Przeszłość spotyka się z teraźniejszością. Wspólny mianownik wszystkich opowieści to miłość do Mazur, przywiązanie, które pięknie tłumaczy stara pruska legenda: Czarodziejka Jezior pływając olchową łódeczką snuje nitki babiego lata i oplata nimi serca tych, którzy tam przybywają.

Urzekła mnie prostota utworów i sugestywność języka, a także pewien ładunek emocjonalny. Od reportera wymaga się obiektywizmu, ale to postaci, o których opowiada, niosą wiele emocji i udzielają się one czytelnikowi. Przeżywałam te opowiadania. Z żalem odwróciłam ostatnią 125-tą stronę. Gdybym miała wskazać czytelnicze skojarzenia, to ze względu na "duchowe pokrewieństwo" postawiłabym tę książkę obok "Czarnego ogrodu" M. Szejnert i "Domu Małgorzaty" E. Kujawskiej.

Szkoda, że wkrótce będę musiała pożegnać się z "Oplątanymi...", ale pozostaję z nadzieją, że  było to moje pierwsze, ale nie ostatnie spotkanie z prozą Katarzyny Enerlich.

środa, 21 września 2011

Sto lat, panie King!

Zazwyczaj jestem na bakier z kalendarzem, ale dziś tu i tam głoszą, iż pisarz Stephen King obchodzi urodziny. Które? Tu przypomina mi się wierszyk:
"Zapamiętaj sobie: Kruki lubią sery -
Osiem razy osiem jest sześćdziesiąt cztery"
Szacowny Jubilat ma wielu fanów, jego książki cieszą się dużą poczytnością, natomiast ja mam z nim raczej nie po drodze. Owszem, mam na półce zakupiony kiedyś na promocji "Sklepik z marzeniami", ale cały czas on leży i marzy, abym go przeczytała. Tam są takie drobniutkie literki....hmmm. 
Zdarzyło mi się powiedzieć kilka razy, ze Kinga to ja nic nie czytałam. Kłamstwo. Po namyśle bowiem stwierdzam, że czytałam, a jakże - "Zieloną milę" (w formie małej, grubiutkiej książeczki, z drobnymi literkami) oraz "Komórkę" (w ramach DKK, w tradycyjnym formacie i czcionce przyzwoitej dla oczu). Oglądałam też filmowe adaptacje  dzieł pisarza: "Zieloną milę" ( to już wręcz klasyka) i "Cmentarz dla zwierząt" (książka ma nieortograficzny zapis tytułu, ale mi nie przeszedł przez palce) - zaczęłam oglądać przypadkiem, nie od samego początku, potem nie mogłam się oderwać, a potem stwierdziłam, że już się naoglądałam horrorów za wszelkie czasu i więcej nie chcę. Jako taki kontakt z twórczością Kinga więc mam i mogę sobie go "odhaczyć" na czytelniczej liście.
"Zieloną milę" polecam, natomiast co do "Komórki"  to mam wątpliwości. Znajomi "kingolodzy" twierdzą, że to słabsza jego powieść, jeśli ktoś od niej zaczyna spotkanie z prozą Kinga, to może się zrazić. Nijak ma się jakościowo do "Zielonej...". Miałam gdzieś krótką notatkę o "Komórce" pisaną na spotkanie DKK - u (to była chyba pierwsza książka, nad jaką wspólnie dyskutowaliśmy), ale próby jej odnalezienia zakończyły się zawieszeniem komputera, a pendrajva otworzyć nie mogę, bo wyskakuje mi okienko, że nie ma jakiegoś pliku exe (???). Trudno.

***
Skończyłam czytać opowiadania Enerlich, muszę "przetrawić" wrażenia, kończę też pewną "piorunującą" książkę - oj, tę to długo będę wspominać. Myślę nad tekstem na konkurs "Zamyśleni w zieleni", temat obecnego etapu: Gdy łza się perli... Nie mam za bardzo pomysłu, ani czasu na dłuższe formy wypowiedzi, ale mam motywację, by nie zaprzestawać udziału.
Mam już dane osoby, wylosowanej w wymiance "Książka przy kominku". Nie znałam jej wcześniej zupełnie. Czas na mały rekonesans na jej blogu ;-)

 I niech mi ktoś zabierze tę czekoladę...........


poniedziałek, 19 września 2011

A ja lubię poniedziałki ;-)

Dziś byliśmy w przychodni na kontroli - osłuchowo i oglądowo jest w porządku - małe "wyzdrowiane". Cieszymy się bardzo. Dziękujemy za życzenia zdrowia pod wcześniejszym postem-  podziałały ;-)
Po drodze  podjechaliśmy na chwilę do biblioteki. Miałam zamiar tylko oddać książki, by skupić się na własnych zbiorach, ale wiecie, jak to jest.... Tylko zerknę  na półki....bo może przypadkiem..... No i zerknęłam. Nie miałam czasu na dokładny przegląd, ale na regaliku, gdzie stoją różne różności ( w sensie książki bez wyraźnej specjalizacji typu kryminał/romans/ itp.) stał sobie grzecznie "Saturn" Dehnela.  I chociaż "Lala"  mi się podobała, a "Balzakianę" odłożyłam, to po  "Saturna" sięgnęłam bez mrugnięcia okiem. Po drugiej stronie na "babskich"  półkach złowiłam opowiadania K. Enerlich "Oplątani Mazurami". Niewielka książeczka, chciałam poznać twórczość tej autorki, więc się cieszę, że mi się trafiło. Tak więc złamałam postanowienie "nicniebrania" w bibliotece (no chyba to niemożliwe), ale jestem z siebie dumna, bo się ograniczyłam do dwóch. A pokusa była, bo i Sheryl Woods "Niegrzeczy chłopiec" i coś Luanne Rice, czego jeszcze nie czytałam, wystawiało grzbiet.
Pochwalę się, że wygrałam "Zakręty losu"A. Lingas- Łoniewskiej w konkursie na blogu u Sabinki. to będzie moje pierwsze spotkanie z twórczością Agnesscorpio. 
Jeszcze trochę (przesyłki w  trakcie realizacji) i może stosik? ;-)
Mam ambitny plan  zacząć więcej opowiadać o tym, co czytam, bo wiele lektur przechodzi bez echa na blogu. (Ma ktoś jakieś specjalne życzenie co do recenzji spośród stosikowych tytułów?)
W tym tygodniu chcę też napisać na konkurs JIKowa Tytułomania (zerknijcie do "Projektu Kraszewski' ) i kolejny etap "Zamyśleni w zieleni".
W październikowym numerze Zwierciadła będzie kalendarzyk na 2012 rok - 2 wersje: z Audrey Hepburne i Marylin Monroe. Zgadnijcie, który bym chciała ;-)
Już za 2 dni losowanie w wymiance "Z książką przy kominku", już nie mogę się doczekać, żeby zacząć przygotowywać paczkę, ciekawe dla kogo...
Wam też ten wrzesień tak ucieka? Za chwilę pażdziernik... 

Pozdrawiam złotojesiennie!




Moja lista blogów