Skąd ten swąd? Nie tylko dlatego, że zapomniałam dziś o gotującej się kaszy i przypaliłam garnek, a potem, wściekła, rzuciłam rękawicę kuchenną na gorący palnik. Przeczytałam "Zapach spalonych kwiatów" Melissy de la Cruz.Jeśli znacie więcej książek tego typu, to podajcie mi tytuły, żebym.... wiedziała, co omijać szerokim łukiem. Na pewno już nie sięgnę po nic pióra tej autorki.
"Zapach.." miał swego czasu swoje pięć minut na blogach, jakoś tak wbił mi się w głowę i chciałam to przeczytać, a ponieważ nadarzyła się taka możliwość, to z niej niebacznie skorzystałam.
Nie będę się rozwodzić nad fabułą, bo już pisano nieraz o tej książce.
Nie podobała mi się, a przeważnie same zachwyty wzbudza.Cóż, nie gustuję w "paranormalach", a to był raczej romans paranormalny, skręcający w obyczajowo-sensacyjno - fantasy.
Nie podobała mi się, a przeważnie same zachwyty wzbudza.Cóż, nie gustuję w "paranormalach", a to był raczej romans paranormalny, skręcający w obyczajowo-sensacyjno - fantasy.
W przypływie dobrego nastroju mogę poczytać o czarownicach, cudownych eliksirach, o magii, o przejściach w szafie do innego świata i innych takich. Jednak co za dużo, to niezdrowo. A tu są i czarownice, i błękitnokrwiści (?), i bóstwa z mitologii skandynawskiej (chyba, bo nie znam się na tym), i różne światy z tunelami, mostami itp., i gryf żywiący się chrupkami cheetos, i wskrzeszanie zmarłych, i tajemnicze zbrodnie, i echa procesów z Salem, i toksyczna substancja w oceanie, i sceny rodem z harlequina z serii "gorący romans". Namieszane strasznie.
Na upartego to nawet szybko się czytało, gdzieniegdzie było dość zabawnie, choć były momenty, gdy irytowałam się i chciałam odłożyć powieść. Najbardziej w chwili, gdy jedna z czarownic (które miały zakaz używania swych mocy, ale łamały go czasem troszeczkę) - Joanna pracując w ogrodzie nagle zmieniła grabie w miotłę i na niej poleciała... Nie, no! Magia - dla mnie może być, ale taka w postaci szczypty magicznej przyprawy do napoju, talizmanu, odczytywania przyszłości, przeczuwania czegoś, taka magia jak w "Czekoladzie" J. Harris, czy nawet w serialu takim o czarodziejkach z Shannon Doherty w jednej z ról (zapomniałam tytułu), ale nie latanie na miotle!!! Nie w takiej konwencji.
Wszystko to dzieje się współcześnie, w XXI w., ale jednocześnie historia ma korzenie w dalekiej przeszłości, wręcz mitycznej. Całość może i ciekawa (jakby to tylko było inaczej ujęte), ale zbyt "zamerykanizowana" jak na mój gust. Bardzo potoczny język niekiedy.
O, jedynie co mi się podobało, to motyw biblioteki. Jedna z czarownic jest bibliotekarką, która martwi się o przyszłość swojego miejsca pracy. Pokazane są różne sylwetki tamtejszych pracowników, fajna rola (jak by tak ująć to filmowo) Hudsona.
Dziać i wyjaśniać zaczęło się dopiero pod koniec, wcześniej było takimi skokami - od postaci do postaci, nieraz trudno było wyczuć, czy dany wątek/bohater przyda się w późniejszym rozwoju wydarzeń.
Kolejny przykład kombinowania z tytułem - oryginalny to "Czarownice z East Endu". A ten "zapach spalonych kwiatów" jakoś szczególnie ważny dla powieści nie jest, moim zdaniem