piątek, 30 marca 2012

Stosik marcowy, który zrobił się sam - z dopiskiem!!!

Normalnie ja nie wiem, jak się te stosiki robią....Miałam się ograniczyć, ale to tu wygrana, tam okazja, gdzieś promocja.... Marzec zaowocował nie tylko fascynacją twórczością Kuncewiczowej, ale i dość pokaźnym  zbiorem rozmaitych książek.


 Od dołu:
  1. "Śmierć pięknych saren" - wygrana na blogu Notatnik Kulturalny, przesyłka dotarła do mnie akurat na Dzień Kobiet i czeka na miesiąc z literaturą czeską.
  2. "Kobieta w lustrze" - wygrałam w Amazonce na fb
  3. "Droga do Niflheim" - zawsze chciałam poznać coś Axellson, nigdy nie było nam po drodze, aż tu taka gratka....wyprzedaż po 3,90!!! Wspominałam o tym, kto przegapił - jego strata ;-)
  4. "Ból kamieni" - Serię z miotłą cenię, zwłaszcza za 2,90...
  5. "Trans" - lubię Gretkowską; książkę dostałam od Panny Plum. Serdecznie dziękuję, Małgorzato!
  6. "Hrabina Cosel" - przygarnęłam na portalu, gdzie ludzie się zbędnych gratów pozbywają
  7. To cieniutkie to "Potulna" Dostojewskiego  - jak wyżej
  8.  i  9  dwa stare tomy Literatury na Świecie - w jednym sporo Kosińskiego, w drugim - Hugo Claus (lit. belgijska - nic nie znam), przygarnięte- jak wyżej

    10. "Pożyczalscy...." - przygarnięci, będę czytać z ramach KMC
    11."Rilla..." - do kolekcji, z antykwariatu internetowego
    12. "Lotnica" .... - z sentymentu do dawnej kilkukrotnej lektury, antykwariat intern.
    13. i 14. Nora Roberts ze sklepu z odzieżą używaną
    15.'Kapitanówna', - przyganięta, też do KMC się nada, już zaczęłam czytać troszeczkę
    16 . szczyt stosu wieńczą "Fantomy", z których relację zdałam w poprzednim wpisie,
    17. Nieobecna na zdjęciu, bo robiłam wczoraj, a dziś przyszła pocztą - "Fantasia alla polacca"
    18. Oczekuję na "Klucze" MK, zaliczam do marcowych zakupów.
    19. na poniższym zdjęciu - książeczka, którą dostałam na urodziny - zobaczcie jak znakomicie pasuje do pokrowca wygranego u Sabinki.

Hmmm, czy nie powinnam jutro iść kupić dwudziestą książkę do równego rachunku....? ;-)

Pilny dopisek!!!
Zgubiłam jedną książeczkę, bo postawiłam ją zupełnie gdzie indziej.
 Nr 20 to "Karolcia" M, Kruger

środa, 28 marca 2012

Nieobecna -zaczytana w "Fantomach"

[Źródło zdjęcia]
Ta elegancka kobieta na fotografii, to Maria Kuncewiczowa, której twórczość zaczęłam zgłębiać z dużym zainteresowaniem  i na pewno nie poprzestanę na "Cudzoziemce" poznanej w czasach licealnych i niedawno odkrytych "Dwóch księżycach". Urzekł mnie kunszt pisarki, która pięknym językiem nie tylko maluje obrazy, ale i wywołuje dźwięki. Podziwiam także różnorodność form i tematów, jakim się zajmowała. Za najważniejsze dokonanie autorki uważa się powieść psychologiczną, wspomnianą "Cudzoziemkę", tymczasem pozostają nieco w zapomnieniu jej nowele, eseje, szkice, dramaty, mało kto pamięta o pierwszej polskiej powieści radiowej. Dzięki projektowi "Marzec z Marią" wiele osób zostało zmotywowanych, by zdmuchnąć kurz z książek Kuncewiczowej i  spojrzeć na nie- łaskawym lub niekoniecznie- okiem współczesnego czytelnika. Czytam teraz "Fantomy" i już w trakcie lektury postanowiłam skreślić o tym tekście kilka słów, albowiem wątpię, by moje wrażenia uległy zmianie, co najwyżej notowania prozy pani Marii u mnie jeszcze wzrosną. 

Habent sua fata libelli.... W  1990 roku w liceum w Garwolinie pewna uczennica w nagrodę za zwycięstwo w konkursie matematycznym otrzymała "Fantomy". W 2012 roku ta książka trafiła do mnie za pośrednictwem portalu, na którym jedni  użytkownicy mogą się pozbyć niepotrzebnych im rzeczy, a drudzy przygarnąć potrzebne, ponosząc tylko koszt przesyłki.  Tą drogą zagościło u  mnie w domu już wiele wartościowych, ciekawych publikacji. Z "Fantomów" cieszę się wyjątkowo. Zaprzyjaźniłam się z tym tomikiem i zaznaczam kolorowymi karteczkami wybrane cytaty. Niestety, to wydanie ( w serii Dzieła zebrane Marii i Jerzego Kuncewiczów, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1989) ma defekt. Brakuje stron 17-32. Ewidentnie nie są one wyrwane, tylko najwyraźniej ich nie uwzględniono przy zszywaniu egzemplarza. Trudno, przeskoczyłam tę wyrwę w tekście.

Nie jest to dla mnie książka, którą czytałabym jednym tchem, stronica po stronicy, od deski do deski, a taka, którą wertuję z lubością, podczytując to tu fragment, to tam akapit... Wybiórczo i swobodnie wędruję ścieżkami "Fantomów" znajdując perły. Czytanie po kolei też jednak postępuje, aczkolwiek niespiesznie.
"Fantomy" to proza autobiograficzna. Kuncewiczowa snuje opowieść o sobie, swoim życiu, twórczości, czasach, w jakich dane jej żyć, miejscach, gdzie przyszło jej przebywać i osobach, z którymi zetknął ją los, nie w kolejności chronologicznej, ale na zasadzie skojarzeń i dygresji. W ten sposób odchodzi od schematu biograficznego na rzecz bardziej literackiej formy, gdzieniegdzie przybierając wręcz liryczny ton.
"Fantomy" zostały zamierzone jako opis rozlicznych mieszkań- namiotów, po drodze do miejsca, gdzie umrze się u siebie, we własnych ścianach, we własnej ziemi. Zamiar literacki wcale nieprosty (...) Ograniczenie się do wspomnień wymagałoby ruchu wstecznego, przeciw mojej naturze." (s.71)

Pisarka- niczym tkaczka na literackich krosnach- na osnowie biograficznej przeplata różne wątki. Opowiada m.in.o babci, o koleżankach z pensji, nauce jazdy na rowerze i zabawie na kołobiegu, o rodzinie brata Olesia- dyplomaty, o mężu Jerzym i synu Witoldzie. Wnikliwie i trafnie pisze o turystach, operze, opisuje atmosferę artystyczną Kazimierza (geneza "Dwóch księżyców"), porównuje recepcję radiowych "Matysiaków" i swoich "Kowalskich". Trochę tu historii, więcej refleksji.
"Chciałam zapanować nad literackim nałogiem komentarza - tymczasem po dawnemu analizuję i szukam drugiego dna. Niechże tak będzie. Nie chcę być modna; pragnę być wierna, jeśli nie sztuce, nie historii, nie narodowi, nie społeczeństwu, to przynajmniej sobie takiej, jaką mnie te wszystkie potęgi stworzyły." (s. 72)
W moim odczuciu Kuncewiczowej udało się być wierną sobie. Bardzo polubiłam tę postać wyłaniającą się z zapisków. Szczególnie bliskie stały mi się słowa: "W zetknięciu z ludźmi udawałam, że mnie nie ma. Raczej nie tyle udawałam, co czułam, że mnie w ich konkretnym  ulubionym wymiarze nie ma" (s. 94) Ja też czasem miewam takie poczucie "niebycia" i podobnie jak autorka uciekam w sztukę nieobecności.
"Sztukę czytania zawdzięczam Jadwidze Chrząszczewskiej i Cecylii Niewiadomskiej. Sztukę czytania, czyli nieobecności, bo tak się stało, że już nie musiałam pędzić w dół po schodach ani wyglądać oknem, ani wybiegać z bramy, ani chować się za wieszak w przedpokoju, żeby być g d z i e  i n d z i e j. Zjawiły się takie drzwi i okna które bez klucza i bez skrzypnięcia same się otwierały na różne i n n e miejsca, i wszędzie tam mogłam być, nie pytając nikogo, czy można"( s.34)
Nie sposób także nie darzyć sympatią osoby, która dostrzega, że "zachód z pomarańczowego robił się cytrynowy" (s. 73), a po klekocie sandałów wnioskuje, ż to biegł ktoś młody i wesoły.

Fantom, niezakorzeniona, nierealna, inna, niemożliwa, niesamowicie wrażliwa, cudzoziemka w świecie, w którym "rzeczywistość skrzeczy"...
Z niesłabnącym zainteresowaniem zanurzam się w życie i twórczość Marii Kuncewiczowej. Nie tylko w marcu.






czwartek, 22 marca 2012

Kamień pogan, czyli jak czytałam trylogię od końca

 Z okładki:
Spokojnemu miasteczku znowu zagrażają śmierć i szaleństwo. Co siedem lat, siódmego dnia siódmego miesiąca w mieście rozpętuje się piekło. Tym razem zło jest potężniejsze niż kiedykolwiek; teraz jednak Gage, Fox i Caleb oraz trzy związane z nimi kobiety mają broń, żeby powstrzymać ciemne siły: heliotrop, który znowu stanowi całość. 

Hazardzista Gage nie waha się postawić wszystkiego na jedną kartę. Wierzy, że razem znajdą sposób, aby wykorzystać kamień w walce z demonem. I wie, że taka kobieta jak Cybil, ze swoim bystrym umysłem, siłą i oszałamiającą urodą, odmieni jego życie. Na lepsze czy gorsze, tego nie wie nikt. Może to już koniec koszmaru w Hawkins Hollow?



Ładna i tajemnicza ilustracja na okładce, twarda oprawa, wygodna dla oka czcionka ( maczku nie lubię) oraz nazwisko autorki sprawiły, że chwyciłam w bibliotece tę książkę  jak diabeł dobrą duszę. Nie odstraszyło mnie nawet fakt, iż jest to trzecia księga trylogii "Znak siedmiu". Słuszna to była decyzja. Okazało się, że spokojnie można zanurzyć się w lekturze, bo niezbędne dla fabuły informacje i zdarzenia z poprzednich części zostały odpowiednio naświetlone przez narratora, wspomniane tak, by czytelnik wiedział z grubsza o co chodzi, a przy tym nabierał chęci uzupełnienia historii z pierwszej i drugiej księgi.

Śledzimy poczynania szóstki bohaterów. Są wśród nich dwie pary, Fox i Layla, Cal i Quinn, oraz dwójka, która stanowi materiał na parę, a przy tym mieszankę wybuchową - Gage i Cybil. To oni są  protagonistami tej księgi. Mężczyźni są "braćmi krwi", urodzeni w tym samym czasie przyjaźnią się od dzieciństwa, łączą ich nierozrywalne więzy i przeznaczenie, obdarzeni niezwykłymi mocami (samouzdrawianie, czytanie w myślach, widzenie przyszłości) mają niebagatelne zadanie- muszą zniszczyć demona, którego niechcący kiedyś obudzili, uwolnić rodzinne miasteczko od rozgrywającego się co siedem lat piekła. Kobiety są przyjaciółkami, one także nie znalazły się w  Hawkins Hollow przypadkowo, stanowią ważny element w "rozpracowywaniu" sił zła. Razem cała szóstka tworzy zespół, a ich atutem jest wzajemne wspieranie się, jedność, przyjaźń na dobre i złe.

Fabuła aż kipi od zdarzeń, są sceny romantyczne, ale i  wręcz ociekające krwią, brutalne, straszne. Wizje preparowane przez demona mogą niejednego przyprawić o utratę zmysłów, tymczasem bohaterowie dzielnie stawiają im czoła, pokonując swoje słabości. Walczą nie tylko z prawdziwym (o ile można tak powiedzieć) demonem Twissem, przybierającym różne postaci np. chłopczyka, psa, ale i z demonami własnej przeszłości- śmierć matki, dzieciństwo pełne przemocy, alkoholizm ojca, samobójstwo rodzica. Podziw wzbudza determinacja, z jaką pracują, by zgromadzić wiedzę i przygotować się do ostatecznego starcia z potworem, poświęcenie i zaangażowanie na rzecz społeczności miasteczka, a także szczera, wierna przyjaźń.

Magia, krew, rytuały, duchy, demony, miłość i nienawiść, życie i śmierć, dobro i zło, potęga przyjaźni, przeznaczenie, wiara, nadzieja, odwaga....- to wszystko kłębi się w powieści z pozytywnym skutkiem, bo przykuwa uwagę. Przyczynia się do tego sugestywny język, soczysty i wyrazisty, ale bez przesadnego epatowania wulgarnością. Bywają momenty z humorem, zwłaszcza dialogi przyjaciół, którzy nieraz żartem rozładowują sytuację, a pozwalając sobie na docinki pokazują tylko jak bardzo są ze sobą zżyci.

Nie gustuję w literaturze paranormalnej, nie dla mnie szepty wampirów o zmierzchu i inne nefile, ale w tę historię wsiąkłam  po uszy. Pod koniec czytałam po kawałeczku, żeby jak najdłużej zostać z Gage'm, Cybil i resztą, choć nie mogłam się doczekać finału, by poznać czy im się udało zabić demona i przeżyć. Niewykluczone, że kiedyś sobie "doczytam" pozostałe tomy ("Bracia krwi", "Magia i krew"), by poznać bliżej dzieje Hawkins Hollow i Kamienia Pogan oraz perypetie pozostałych bohaterów. Z przyjemnością poznałam nieco inne oblicze twórczości Nory Roberts, dotychczas bowiem trafiałam na przeważnie romanse. Myślę, że spokojnie mogę polecić "Kamień pogan", czy całą trylogię, wszystkim, którzy jak ogień unikają romansideł, a lubią niesamowite historie z nutką grozy i miłością w tle.



wtorek, 20 marca 2012

Są historie, które warto opowiedzieć....

... i są książki, które warto przeczytać. Do nich, moim zdaniem, należy debiutancka powieść Kathryn Stockett. Nie będę się rozwodzić nad treścią, bo już sporo opisów się pojawiło, zanotuję tylko krótko wrażenia z lektury. 

 "Służące" niezwykle mnie wciągnęły i wzbudziły wiele emocji. Oburzało mnie zachowanie niektórych postaci, zwłaszcza białych pań (Hilly, Elisabeth Leefolt), ich głupota i hipokryzja ("inicjatywa sanitarna", traktowanie dzieci). Były chwile wzruszenia i rozbawienia, a także przejęcia i grozy. Współczułam i przeżywałam. Zaskoczyła mnie postać Celii, która z pozoru głupiutka i próżna okazała się bardzo nieszczęśliwa i zagubiona. Polubiłam mądrą, dobrą i czułą Aibeleen. której doświadczenia w prowadzeniu domu i opiekowaniu się dziećmi można pozazdrościć, a także  Minny - znakomitej kucharki (słynne ciasto czekoladowe) o niewyparzonej gębie, ale złotym sercu. Sympatią obdarzyłam też panienkę Skeeter, której ambicje były równie wysokie jak wzrost, a pomysły równie niesforne (ach, te sedesy...) jak burza włosów na głowie. Z trudem odkładałam książkę w środku nocy.

Bardzo podobała mi się opowieść o kobietach, które odważyły się opowiedzieć o tym, jak wyglądają relacje czarnoskórych służących w domach białych państwa, a trzeba wiedzieć, że nie zawsze były prawidłowe. W książce chodzi nie tylko o problem segregacji rasowej i tolerancję, ale i ogólnie o różne aspekty relacji międzyludzkich.

Zawsze zwracam uwagę na język i narrację. Tu głos oddawany jest kolejno trzem bohaterkom, ale mamy też rozdział opowiedziany przez narratora zewnętrznego (relacja z balu charytatywnego). Co do języka, to rozumiem zastosowanie zabiegu stylizacji na prostą i nieraz błędną mowę osób niewykształconych, ale trochę drażniły mnie te wszystkie "dzisiej", "lubieją", "tutej" itp. Nie bardzo wiem, czemu pomoce domowe zwracały się per "panienko" do mężatych i dzieciatych kobiet- swoich chlebodawczyń.

Doceniam pokorę autorki, która w posłowiu opisała pobudki napisania tej powieści i dała do zrozumienia, że jej historia jest podobna do Skeeter, a ona sama spłaca pewien dług (względem swojej niani ). Zaznaczyła, że może napisała za wiele, a może za mało, nie rości sobie praw do wiedzy, jak czuły i co myślały czarnoskóre kobiety w latach 60-tych w Missisipi, czy w ogóle.

To fikcyjna opowieść, ale bardzo prawdziwa pod względem emocjonalnym. Ciepła, poruszająca, słodko - gorzka. Postawiłabym "Służące" na półce z prozą Fanny Flagg, tak mi się one kojarzą "klimatycznie" i nie chodzi mi tu tylko o Południe USA. Z całą pewnością nie zapomnę tej książki i gorąco ją polecam.

PS. Są książki, które prowadzą do innych książek. Tym razem kierunek brzmi: "Zabić drozda". No nie czytałam.

sobota, 17 marca 2012

Torciku?

Częstujcie się, smacznego ;-)
Ekhm... ehkm.... ten tego.... zmiana kodu....
I kawa z Marylin Monroe ;-)

czwartek, 15 marca 2012

Zera dla Tylera, czyli dlaczego Palmer palmy nie dostanie


Mając w pamięci szczere rekomendacje czytelniczek Diany Palmer oraz niedawną wizytę na Dzikim Zachodzie, jaką odbyłam za sprawą "Na wagę złota" Nory Roberts, ochoczo chwyciłam z bibliotecznego regału niewielką książeczkę rozpoczynającą się od słów: "Upalna, spalona słońcem południowo-wschodnia Arizona wydawała się Tylerowi Jacobsowi równie obca i nieprzyjazna jak Mars, i to nawet po sześciu tygodniach pracy na ranczu o nazwie Double R w pobliżu Tombstone"


Nie rozpaliła mnie "Pustynna gorączka" i nie zaraziłam się palmeromanią. U Nory Roberts narracja płynie wartko i jest zabawnie, tu zaś było- jak dla mnie - dość ciężkawo, takie wyduszone zdania, nie lepiło się, że tak to ujmę. Możliwe, że Diana Palmer ma w dorobku i gorsze i lepsze kawałki, jeśli trafiłam na ten średni - to mam pecha, jeśli zaś taki jest standard, to ja tej autorce podziękuję. Palmy pierwszeństwa u mnie nie dostanie, jeśli chodzi o wybór literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Gdy będę szperać na półce z romansowymi historiami, sięgnę na pewno po inne książki, oprócz wspomnianej Nory, którą już przyswoiłam z wynikiem pozytywnym, jest jeszcze parę nazwisk do sprawdzenia.

"Pustynna gorączka", jak się zorientowałam, należy do cyklu "opowieści teksańskich" (Long Tall Texans series), tytuł oryginału brzmi "Tyler",  tomik po raz pierwszy ukazał się w 1988 roku, niedawno został wznowiony, ja czytałam akurat starsze wydanie( 2004 r.). Jest to romans rozgrywający się na agroturystycznym ranczu w Arizonie. Między Tylerem -  pochodzącym z Jacobsville w Teksasie zarządcą a jego młodą   chlebodawczynią Nell iskrzy, ale jest pełno nieporozumień, niedomówień, sprzeczek i fochów... a to ktoś czegoś nie dosłyszy, a to ktoś coś źle zinterpretuje, jedno się uniesie dumą, drugie się naburmuszy...Często nimi powoduje zazdrość.Oboje mają niełatwe charaktery. Do kompletu mamy jeszcze dziarską wdówkę Maggie, która raz jest jak jaguar polujący na zdobycz (Tylera), raz jak dobra wróżka, która przynosi Kopciuszkowi (Nell) kreację na bal, znaczy się potańcówkę. Jest jeszcze Daren - mężczyzna, który parę lat temu nieźle namieszał... Ta czwórka dostarczy sobie nawzajem wielu emocji.

Jakoś nie polubiłam bohaterów, nie wciągnęły mnie ich perypetie. Czytałam, bo czytałam, ale żeby z zacięciem, to nie. Wiem, że romanse rządzą się swoimi prawami, że  typowe postaci, że przewidywalne zdarzenia, że koniec końców bohaterowie padają sobie w ramiona, bo happy end musi  być itd. ale nawet prosta schematyczna historia, o ile jest zgrabnie opowiedziana, a w dodatku ma ciekawe tło, to potrafi wciągnąć tak, że przymykamy oko na to i owo. W tym przypadku zabrakło mi pewnej  płynności i czułam się podczas czytania jakbym brnęła po tych pustynnych szlakach wśród piachu i kamieni....Nie w sensie wczuwania się w fabułę, ale żmudnego przyswajania kolejnych stron. Najbardziej doskwierały mi dwie rzeczy. Po pierwsze - często jest napomykane o zdarzeniu z przeszłości, które wycisnęło piętno na osobowości Nell, sprawiło uraz, można się powoli domyślić o co chodzi, drażniło mnie jednak to, że choć to niby takie przykre dla tej dziewczyny, to ciągle do tego wracają, takie traumatyczne, a mówią, że w sumie to nic się nie stało... raz, bagatelizują, raz wyolbrzymiają.... Po drugie - nie jestem w stanie uwierzyć, że silny mężczyzna w kwiecie wieku mając zapalenie oskrzeli i nadwyrężone mięśnie od kaszlu nie ma siły sam się ubrać.... Jakieś granice wiarygodności  nawet i  w harlekinie powinny być.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki "Pustynnej gorączce" poszerzyłam swoją znajomość fauny (helodermy meksykańskie, kacyki pąsowobokie, kukawki srokate) i flory (krzewy kreozotowe, palo verde). Pochwalić też muszę pewien rys kreacji  głównego amanta:
"Tyler był
miłośnikiem kryminałów, posiadał mnóstwo powieści sir Artura Conan Doyle'a i Agathy Christie. Oprócz tego na jego półkach stały biografie i książki historyczne, w znakomitej większości na temat początków Dzikiego Zachodu, a także dzieło poświęcone starożytnemu Rzymowi" (s. 84)

Cóż, nie udało się to spotkanie z Dianą P. ( czy wiecie, że
ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską, a uzupełnienie wykształcenia podjęła w wieku 45 lat?), nie spisuję jej na straty całkowicie, ale póki co, dam szansę innym autorkom.

wtorek, 13 marca 2012

"Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły żołnierz Armii Andersa"Aileen Orr


Aileen Orr, Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły żołnierz Armii Andersa, Wydawnictwo Replika 2010



W niedźwiedziu było coś, co otwierało ludzkie serca”
(s. 196)
Aileen Orr jest z wykształcenia ekonomistką, jednak jej największą pasją nie są finanse i bankowość. Już od dzieciństwa fascynuje ją niepospolita postać niedźwiedzia Wojtka, który towarzyszył żołnierzom Armii Andersa na szlaku bojowym, a po wojnie osiadł wraz z nimi w Szkocji, w rodzinnej okolicy autorki. 
 
Niezwykły zwierzak był nie tylko maskotką Korpusu, ale i wiernym towarzyszem broni, uzyskał oficjalny stopień szeregowca. W licznych przekazach osób, które miały z nim styczność, jawi się on jako wyjątkowe stworzenie o wielu iście ludzkich cechach. Wojtek wykazywał upodobanie do słodyczy, papierosów, piwa i potańcówek, uwielbiał udawane zapasy i sporty wodne, potrafił zachowywać się po koleżeńsku, dobrowolnie pomagał w transporcie pocisków, był zręczny, sprytny, umiał się bawić, był znakomitym obserwatorem i można rzec, że „wiedział, co w trawie piszczy”. Jego rozumność i zdolności adaptacyjne wręcz zadziwiały.

Pani Orr powzięła plan wybudowania słynnemu niedźwiedziowi pomnika, zainicjowała powstanie w 2008 roku Fundacji Wojtek Memorial Trust, której celem jest promowanie kontaktów edukacyjno – naukowych między młodymi Szkotami i Polakami oraz utrwalanie przyjaźni tych narodów. Wydanie książki opowiadającej dzieje niezwykłego żołnierza również stanowi formę oddania hołdu jego pamięci.

Z kart opowieści przebija prawdziwa miłość autorki do legendarnego niedźwiadka, którego poznała głównie dzięki swojemu dziadkowi Jimowi, oraz zaangażowanie w krzewienie wiedzy i pamięci o Wojtku i wydarzeniach, z jakimi był związany. Orr rzetelnie zebrała informacje, ciekawostki, anegdoty i wspomnienia, przekazała także refleksję o swojej osobistej odysei, drodze, jaką przebyła od wizyty w zoo w dzieciństwie do chwili obecnej, gdy pracuje na rzecz Fundacji - „dopiero na bardzo zaawansowanym etapie moich poszukiwań uświadomiłam sobie jak wielkim szczęściem był fakt, że miałam możliwość osobistego kontaktu z Wojtkiem. Był i nadal jest moim niedźwiedziem.” (s. 212). Oprócz losów misia w książce został pokazany obraz życia polskich żołnierzy w obozie na Szkockim Pograniczu, „wygnańcow”, którzy mieli nigdy nie powrócić do Ojczyzny, za której wolność walczyli.

Publikację wzbogaca wkładka z fotografiami, mapka szlaku z Persji do Szkocji, oraz obszerny epilog pióra Neila Achersona przybliżający szeroki kontekst historyczny- głównie okres II Wojny Światowej. Zaopatrzona jest także w bardzo szczegółowy indeks, zawierający nie tylko nazwiska i nazwy, ale również hasła dotyczące np. zachowań niedźwiedzia, jego cech, czy zdarzeń z jego życia. Bez trudu można odnaleźć potrzebną informację.

Tę barwną i ciekawą opowieść można śmiało zaliczyć w poczet familijnych, zainteresuje zarówno pokolenie naszych pradziadków i dziadków, którzy wspominają czasy wojenne i wnuków- odkrywających tajemnice minionych dziejów. Śmiało może zajrzeć do niej także każdy, kogo choć trochę interesuje behawioryzm zwierząt. To nienachalna lekcja historii i przyrody w jednym, uwrażliwia i wzbudza patriotyczne uczucia.

Historię niedźwiedzia Wojtka miałam przyjemność poznać dzięki uprzejmości księgarni Matras.
Dziękuję.

Moja lista blogów