piątek, 15 lipca 2011

Stosik z dodatkami

Jeszcze czekam na 2 książki z  i pakiet wygrany w konkursie harlekinowym na fb, ale już nie mogłam się powstrzymać ;-) Oto moje najnowsze zbiory:
  1.  Strażnik marzeń, M. Surmacz - z "Włóczykijki", dziś skończyłam czytać, wrażenia wkrótce.
  2. K. Makuszyński, Przyjaciel wesołego diabła - jak przez mgłę pamiętam serial na jej podstawie... - przygarnęłam na gratyzchaty.pl
  3. J. Carroll, Kraina Chichów-  bardzo mi się podobało i chciałam mieć, nabyłam w dziale antykwarycznym Księgarni Margarita.
  4. H. Krall, Trudności ze wstawaniem. Okna. - z antykwariatu Księgarni Margarita
  5. H. Krall, Hipnoza - jak wyżej;
  6. P. L. Travers, Mary Poppins na ulicy Czereśniowej - jak wyżej;
  7. J.I. Kraszewski, Stara baśń - z antykwariatu Vivarium
  8. P.L. Travers. Mary Poppins w parku - jak wyżej
  9. H. Lofting, Poczta doktora Dollitle -  jak wyżej
  10. L.M.M - Ania z Avonlea - jak wyżej.
  11. książka bez okładki to "Tajemniczy ogród" F. Burnett, znalazłam ją w starociach w garażu u teściów;
  12. Kraszewski , Starosta warszawski - znalezione w garażu
  13. Kraszewski , Męczennica na tronie - jak wyzej;
  14. Kraszewski, Półdiablę weneckie - nabytek na Allegro;
  15. K. Pisarzewska, Halo Wikta - przygarnęłam na   gratyzchaty.pl
  16. T. Parsons, Kroniki rodzinne - kupiłam za 9,99 zł w Biedronce
  17. Pierwszy słowniczek, 100 słów - jak wyżej
W stosiku wcale nie było ich widać... Bardzo lubiłam te książeczki, postanowiłam zebrać całą serię dla Elwirki, na razie znalazłam tylko te dwie. Zależy mi na starych wydaniach, jakby ktoś coś kiedyś wyszperał przypadkiem w jakimś antykwariacie- dajcie znać ;-)

Miałam  pokazać bliżej te stareńkie tomy Kraszewskiego,  ale o tym jednak będzie w osobnej notatce....

Teraz będzie stosik gościnny. Oto co ostatnio przydźwigała moja siostra z biblioteki (pozbywano się tego, to przygarnęła) plus jej nabytek "naukowy".Mam nadzieję, że się podzieli zdobyczami ;-)

 Najbardziej cieszymy się z Pratchetta, bo jakoś do tej pory nie było nam dane nic jego czytać, a jesteśmy tego ciekawe. "W oparach absurdu"  też bardzo smakowite. A tak się przedstawia zawartość czasopisma "Pismo" z 1981r.:

Na koniec zaś zobaczcie malutką czytelniczkę:

 Elwi i "Pierwszy słowniczek"
;-)
Teraz czytam "Półdiablę...", potem chyba "Sekretny język kwiatów", a potem... ?? Za duży wybór ;-)

wtorek, 12 lipca 2011

Fantastyczne zamieszanie

Arkadij i Borys Strugaccy, Poniedziałek zaczyna się w sobotę, Prószyński i S-ka, 2009.


 
Jedni nie lubią poniedziałków, dla drugich poniedziałek zaczyna się w sobotę, a dla innych każdego dnia może być niedziela, zwłaszcza, gdy mają pod ręką zajmującą i zabawną książkę. 
 

Twórczość braci Strugackich, to klasyka rosyjskiego- ba, światowego – science fiction. Nazwisko autorów jest znane nawet tym, którzy „nie siedzą” w fantastyce, a ja do nich się zaliczam. Uważam, że jednak wypada poznać co nieco z każdej dziedziny literatury, stąd i po Lema kiedyś sięgnęłam i teraz po Strugackich. Nie byłam pewna, jak odbiorę ich prozę, wszak to trochę nie moja półka...a przeżyłam całkiem niezłą przygodę.


Na książkę składają się połączone ze sobą trzy historie. W pierwszej ( „Zamieszanie wokół kanapy”) wraz z Saszą Priwałowem trafiamy do dziwnej chatki, gdzie zmagający się ze sklerozą kot opowiada bajki, szczupak w studni spełnia życzenia, a za sprawą kanapy dzieją się niezwykłe rzeczy.... Instytut Naukowo – Badawczy Czarów i Magii otwiera swe podwoje. W drugiej opowieści („Wielkie zamieszanie”) Sasza jako pracownik tegoż instytutu podczas dyżuru oprowadza nas po osobliwych działach ( np.dział Sensu Życia, Szczęścia Linearnego, Proroctw i Przepowiedni), zobaczymy niezwykłe eksponaty, poznamy dziwacznych naukowców (np. Ambrozjusza Wybiegałłę, Janusa w dwóch osobach) i przyjrzymy się ich eksperymentom – wykluje się kadawer(!). W trzeciej części („Powszechne zamieszanie”) nasz bohater wyruszy wehikułem w przyszłość opisywaną w utworach literackich, sporządzi gazetkę ścienną „O przodującą magię” i wraz z kolegami rozwiąże zagadkę zielonej papugi.

Dzieje się, oj, dzieje... Aż czasami czytelnik nie nadąża...zdobędzie za to dużo wiedzy z dziedziny magii naukowej, dowiemy się co to umklajder, na czym polega zjawisko kontramocji i do czego tak naprawdę służy kanapa. Na końcu sam Priwałow w posłowiu ocenia i krytykuje autorów niniejszych szkiców z życia INBADCZAM-u. 
 

Całość jest bardzo „fiction”, a między „science” wciskają się elementy baśniowe. magiczne i mitologiczne. Wszystko razem stanowi zwariowaną jazdę bez trzymanki po bezkresach wyobraźni, poprzez ocean humoru aż po horyzont absurdu. Czyta się wartko, choć niekiedy można nieco utknąć w „naukowych” opisach, ale to chyba dotyczy tylko niewprawionych w s-f.
 

Współczesny czytelnik może nie dostrzec „..celnej satyry na rzeczywistość sowieckiej nauki. I nie tylko sowieckiej!”( z okładki), ale i bez tej analogii będzie się świetnie bawił tekstem.

Mniemam, że dla miłośników fantastyki ta i pozostałe książki braci Strugackich, to podstawa, „kanon lektur”, natomiast dla tych, którzy dopiero zaczynają swą przygodę z tą dziedziną literatury- będzie to znakomity początek i doskonała zabawa. 
Nie potrafię ocenić tego utworu na tle innych, bo nie jestem znawcą fantastyki, mogę tylko powiedzieć szczerze - mnie się podobało, głównie ze względu na absurdalne poczucie humoru autorów i ich niezmierną pomysłowość.




poniedziałek, 11 lipca 2011

A to dobre.... ;-)

Poszłam niby tylko po chleb, ale jak to zobaczyłam.... po prostu nie mogłam się oprzeć.
Wiem, że reklama, ale chciałam Wam to pokazać. Pierwszy raz widzę takie...
Wcale nie brzydkie...
A dobre swoją drogą.... ;-)

PS. Czekam jeszcze na przesyłki, ale już wkrótce zaprezentuję stosik i to z dodatkami  ;-)

czwartek, 7 lipca 2011

Historia prawdziwa o Petrku Właście palatynie, którego zwano Duninem. Opowiadanie historyczne z XII wieku. J. I. Kraszewski

Książkę wydało Wydawnictwo „Śląsk” w 1983 roku w serii Biblioteka Karola Miarki. Jest to siódmy tom z cyklu Dzieje Polski.
Rękopis przepisano we Florencji w 1878 r, a autor zadedykował powieść „Stanisławowi Duninowi z lat lepszych towarzyszowi miłemu”.
Tekst „Historii...” przygotowano na podstawie jedynego jej wydania, które ukazało się za życia J. I. Kraszewskiego w 1878 r. - poprawiono omyłki drukarskie, unowocześniono pisownię i interpunkcję (rzeczywiście, gdyby zachowano stan pierwotny, tekst byłby mniej strawny), pozostawiono zaś bez zmian w zakresie leksyki i składni. Posłowie pełne cennych uwag napisał Wiktor Hahn.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Kraszewskiego uważam za udane. Dotąd omijałam go szerokim łukiem- swoimi obiekcjami dzielę się tutaj. Nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba, nie przepadam za powieściami historycznymi, a tę akurat czytałam z żywym zainteresowaniem. Z przyjemnością chłonęłam prozę „staroświecką”, najeżoną imiesłowami, czasem zaprzeszłym, archaizmami, nieco inna niż obecna składnią. Taka odmiana od współczesnych tekstów, które nieraz pozostawiają wiele do życzenia pod względem językowym. Przypisy skutecznie objaśniały wszelkie zawiłości w kwestii składniowej i leksykalnej, jak również dotyczyły postaci i wydarzeń historycznych.

Miło było przeżyć literacką podróż do XII wieku, czasów rozbicia dzielnicowego polski, gdzie w dzikich ostępach puszczy kryło się moc zwierza, a wielmoże z paradnym orszakiem ochoczo wyruszali na łowy. Kraszewski barwnie snuje swa opowieść opartą na historycznych źródłach (Kronika wielkopolska, Kronika śląska, Jana Długosza Dziejów Polski ksiąg 12, Kronika Piotra Własta palatyna polskiego – podaję za posłowiem). Zgodnie z testamentem Bolesława Krzywoustego, jego synowie panowali w poszczególnych dzielnicach, najstarszemu – seniorowi przypadła dodatkowo ziemia krakowska (ze stołecznym grodem), sieradzka i łęczycka, oraz zwierzchnictwo nad pozostałymi. Rozdrobnienie państwa było na rękę biskupom i świeckim wielmożom, którzy mieli wówczas większa władzę, książętom odpowiadała niezależność. Tymczasem senior Władysław II, podjudzany przez żonę, wystąpił przeciwko swym braciom, chcąc przejąć ich ziemie i panować jako król nad całością kraju. Ściągnął w tym celu posiłki z sąsiednich państw. Po stronie młodszych książąt opowiedzieli się duchowni i wojewodowie – m.in. Piotr/Petrko Włast spod Wrocławia.

Na takim tle rozgrywa się akcja powieści, w której oprócz historycznego konfliktu o władzę, znajdziemy wątek miłosny i obraz obyczajowo -społeczny tamtych czasów. O tytułowym bohaterze dowiadujemy się najpierw pośrednio – od dziada w gospodzie, który snuje opowieść o kniaziu Petrku na prośbę młodego rycerza Jaksy. Ów Jaksa będzie tym, który zaprowadzi czytelnika do Włastowej siedziby i na książęcy dwór, będzie takim łącznikiem, który spaja całą historię. Z nim też wiąże się wątek miłosny – od pierwszego wejrzenia córka palatyna wpadła mu w oko. 
 
Nie zamierzam pisać streszczenia, choć nie da się uniknąć pewnych jego elementów. Wolę przyjrzeć się bohaterom. Z historii znamy suche fakty, a w powieści postaci ożywają, poznajemy namiętności, jakie nimi targają, motywy ich postępowania, charaktery. Przywołam kilka postaci:
Petrko Włast [żadne źródło nie nazywa go Duninem; dopiero od XV w. jego ród – Łabędziów- zaczął używać tego przydomka; wywodzi się on prawdopodobnie stąd, że ów ród pochodził z Danii: Dun-Dunin (za posłowiem) ] - swoje niezmierne bogactwo i splendor zyskał dzięki nieuczciwego postępkowi, który usiłuje odkupić stawiając kościoły i nie szczędząc złota, porywczy, dumny, ale i dobroduszny, serdeczny, na co dzień ubiera się jak prosty chłop, nawykły jest i do biedy i do pracy lubuje się w polowaniach; na mocy woli zmarłego władcy sprawuje pieczę nad młodymi książętami, jego głos wiele znaczy, liczą się z nim, ale niestety ma też wrogów, głównie w osobie Dobka, niemieckiego marszałka z dworu księżnej, któremu odmówił ręki córki. Z godnością przyjmuje niesprawiedliwą karę, jaką mu za rzekomą obrazę i sprzeciw, wymierzył książę Władysław.
Władysław II – spokojny, cichy, pod pantoflem żony, niby chce być królem, ale tak naprawdę wolałby, żeby dano mu święty spokój, jego pasją są łowy („Ech lasy, lasy wy moje! W was człowiek o wszystkim zapomni! I tyle życia, co w lesie!”), nie chce rozlewu krwi bratniej, nie chce pozbawić życia Petrka, ale ogromnie ulega wpływom małżonki i jej popleczników.
Księżna Agnieszka (no jakżeż mi miło!) - „..bo to zła kobieta była...” ;-), jako przyrodnia siostra cesarza niemieckiego, ma ambicje zostać królową, podjudza męża do napaści na braci, wjeżdża mu na ambicję, szantażuje, to mściwa, dumna, żądna krwi baba, taka „lady Makbet”.
Dobek - mściwa, perfidna gadzina, wykorzystuje swą pozycję na dworze do prywatnej zemsty na Petrku za czarną polewkę. Sugerowany jest jego romans z księżną....

O wartości powieści pisze w posłowiu Wiktor Hahn:
...zarzucano Kraszewskiemu, przede wszystkim zbyt niewolnicze trzymanie się kronik (…) oraz podzielanie z nimi poglądu na bieg zdarzeń. (...)Zarzuty te nie są słuszne. Jako główną zaletę powieści, trzeba podkreślić należyte wykorzystanie przez autora źródeł historycznych i zasadniczą zgodność z historią (usterki są nieznaczne, w kilku drobnych szczegółach świadome odstępstwa.” - moim zdaniem również taka zgodność jest walorem.
Powieść jest napisana zgrabnie, zajmująco, ożywiają ją pięknie przedstawione dzieje miłości Jaksy” - lepiej bym tego nie ujęła.
Przeciętny czytelnik, który inaczej nigdy nie zetknąłby się się z ciekawym zabytkiem, jakim jest Kronika o Piotrze Właście, poznaje wiernie jej treść dzięki powieści Kraszewskiego” - ba, ja bym nawet nie wiedziała, że taka osoba, jak Włast istniała i co się rozgrywało w tamtych czasach......
Charakterystyki osób historycznych (…) są zgodne ze źródłami” - dobrze, że auto nie przekręcał ani zdarzeń, ani nie zmienił rysu postaci.

Podsumowując, „ Historia o Petrku...” to powieść ciekawa, barwna, przystępna, opowiada o etapie dziejów, o którym tak naprawdę niewiele wiemy (pamiętamy z lekcji historii ze szkoły, że testament Krzywoustego, że rozbicie dzielnicowe...ale o szczegółach tego konfliktu o władzę raczej się nie uczyliśmy). Czy przetrwała próbę czasu? Jak najbardziej nadaje się do czytania. Polecałabym ją ku przestrodze, przy kłótniach rodzinnych o majątek ;-)




środa, 6 lipca 2011

Pływająca Wyspa, Elizabeth Haydon

Pływająca wyspa. Zaginione dzienniki Vena Polypheme'a, Elizabeth Haydon, Wydawnictwo Rebis 2009.


„Cała naprzód ku nowej przygodzie, taka gratka nie zdarza się co dzień” - tę piosenkę z filmu o podróżach Pana Kleksa można śmiało zanucić sięgając po „Pływającą Wyspę”. Przygód w niej znajdziemy pod dostatkiem, nie zabraknie chwil grozy i szczypty humoru, ciekawych postaci nie sposób nie polubić, a wszystko uplecione z baśniowych i mitycznych wątków. Czas uruchomić wyobraźnię i wyruszyć do fantastycznej krainy.
Książka adresowana jest do młodego czytelnika (myślę, że tak z przedziału wiekowego 9-14 l.), ale i ja- nieco starsza czytelniczka – znakomicie się bawiłam i odpoczęłam przy tej lekturze, zatem uznaję ją za pozycję dla osób w każdym wieku.
Już na początku autorka puszcza oko do odbiorców: niniejsza opowieść stanowi rekonstrukcję zaginionych dzienników naińskiego badacza, których fragmenty odnaleźli archeologowie. Niestety, księgi, w których Ven Polyphene zawarł sekrety magii i opisy niezwykłych stworzeń i miejsc, przepadły. Ocalałe strzępki notatnika posłużyły za podstawę do odtworzenia historii o Pływającej Wyspie i wielu innych dziwnych sprawach.
Wszystko zaczęło się w dniu 50-tych urodzin Vena (jak na Naina był jeszcze smarkaczem, albowiem ta rasa żyje o wiele dłużej i rozwija się wolniej niż ludzie), kiedy znalazł pióro olbrzymiego albatrosa i wyruszył na „jazdę próbną” statkiem wybudowanym w rodzinnej stoczni. Wiedziony ciekawością, wypłynął na pełne morze i tu rozpętała się wielka przygoda. W dużym skrócie: okręt zaatakowali piraci, Ven ledwo uszedł z życiem; tułając się z dala od domu, trafił na Pływającą Wyspę, nawiedzone rozdroże, a z więziennego lochu – na królewski dwór....Przeżył wiele chwil grozy, miał powody do zmartwień, ale znalazł prawdziwych przyjaciół, dostał ofertę wspaniałej pracy i mógł podążać własną ścieżką, po której wiodła go wrodzona ciekawość świata.
E. Hayden wykreowała świat pełen ciekawych postaci różnych ras (Naini, Gwaddowie, Liryni, Korzenny Ludek i inni..), z jednej strony nieco straszny – grasują tu groźni piraci, są upiory, duchy, kościotrup i żli ludzie, ale z drugiej – jest tez w nim miejsce na ciepło, życzliwość, przyjaźń i dobro. Znakomicie w przygodową fabułę został wkomponowany walor edukacyjny. Mowa jest bowiem o tolerancji wobec inności, odpowiedzialności za własne decyzje, podkreślona jest wartość przyjaźni i rodziny, a wszystko to nie w moralizatorskim tonie, a niejako przemycone pod płaszczykiem perypetii bohaterów. Na główną ideę wyrasta ciekawość świata, która jest motorem wszelkich działań, odkryć i rozwoju.
Wydawało by się, że to bardziej propozycja dla chłopców (bo piraci, upiory...itp.), ale sądzę, że dziewczynkom też może się spodobać, zwłaszcza, że pojawia się tam sporo bohaterek płci pięknej: uparta Merkunka, która zawróciła w głowie Venowi, mądra Clem – wikariuszka, nieśmiała Saeli, która potrafi „urosnąć” kwiaty oraz Ida – niepokorna mała złodziejka.
Duży plusem są krótkie rozdziały – można wykorzystać je do czytania przed snem, „w odcinkach” dawkując przygody Vena dziecku.
Na końcu zamieszczono zadania, których rozwiązywanie stanie się przedłużeniem przygody przezywanej podczas lektury i początkiem wspanialej zabawy rozwijającej wyobraźnię. Oto kilka przykładów:
  • Zrób listę cudów, które spotyka na swojej drodze Ven, a potem podziel je na trzy grupy: prawdziwe, legendarne, i zupełnie zmyślone. Sprawdź w internecie, czy Twoja intuicja była słuszna.”
  • Zrób listę przypraw i ziół, które masz w kuchni (…) zastanów się, jaki charakter miałyby elfy o takich imionach.”
  • Napisz własny wiersz o morzu”
  • Gdybyś miał szansę zostać Królewskim Reporterem (...)Dokąd byś pojechał?”

Autorka cyklu „Symfonia wieków”, jest uznaną pisarką fantasy, jej pasje to zielarstwo, śpiewanie madrygałów i gra na harfie. O jej prozie „School Library Journal” wypowiada się tak:
Fantastyczny wszechświat, pierwotnie stworzony przez Haydon dla jej „dorosłych” książek, pełen jest zabawnych szczegółów, interesujących bohaterów, błyskotliwej akcji, ciętych dialogów i ciepłego humoru.”
/zaczerpnęłam z okładki/

Dodam jeszcze, że książkę ilustrował Brett Helquist (autor m.in. ilustracji do „Serii niefortunnych zdarzeń Lemmony Snicketta”)

Szczerze polecam dziewczynkom i chłopcom, wszystkim do lat 100 i więcej!Sama nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam „Pływającą Wyspę” córeczce, a sama sięgnę po kolejny tom pióra Elizabeth Haydon „Córka królowej złodziei”.

Wspaniałą zabawę z "Pływającą Wyspą" zawdzięczam Księgarni MATRAS.
Dziękuję!

niedziela, 3 lipca 2011

"Podróż poślubna" Izabela Sowa

Pamiętacie słynną serię "owocową"? "Smak świeżych malin", "Cierpkość wiśni", "Herbatniki z jagodami", "Zielone jabłuszko", przyjemne książeczki, nawet mam ochotę przeczytać je jeszcze raz. Lubię Sowę. Z jej nowszych publikacji znam "10 minut od centrum",  kolejne "Świat szeroko zamknięty" , "Ścianka działowa" , "Agrafka", "Blagierka" jeszcze nie wpadły w moje ręce (są poczytne, więc ciężko upolować je  w bibliotece). Od czasu owocowego debiutu autorka ugruntowała swoją pozycję na literackim rynku. Oto garść opinii zamieszczonych na skrzydełku okładki:
"Ścianka działowa to dowód, że literatura zwana popularną  w istocie bywa udanym pisarstwem z ambicjami" (Dziennik)
"Powieści Sowy cieszą się wielką popularnością, bo choć skłaniają do zadumy nad sobą i światem, są pisane z lekkością i humorem. To rzadkie połączenie przynosi świetne efekty" (Rzeczpospolita)
"Polska literatura kobieca przestała trzymać się bezpiecznych schematów" (Zwierciadło) 
Niezależnie jednak od tych pochwał, ja po prostu lubię prozę Sowy (tak jak i Szwai), właśnie za lekkość, humor i poważne tematy, dyskretnie podsunięte do przemyślenia. 
Bez wahania zgarnęłam z bibliotecznej półki "Podróż poślubną"Nie zawiodłam się. Niejako kontynuacja "Ścianki działowej" (ale można je czytać niezależnie od siebie) całkiem mi się spodobała.

Izabela Sowa, Podróż poślubna, Wyd. Nowy Świat, 2009.

To nie jest opowieść o perypetiach nowożeńców w podróży poślubnej. To opowieść o podróży w głąb siebie, o poszukiwaniu...
Paloma (rzadkie imię, prawda?) najpierw podróżuje po Krakowie i okolicach szukając według wskazówek kolejnych osób pewnej tajemniczej kobiety o ksywce Brzytwa. Potem  szuka prawdy o sobie, sensu życia, przyczyn oddalenia się od siebie świeżo upieczonych małżonków (mąż nie kwapi się ku wspólnemu wyjazdowi, a odkąd w kopercie znalazł zamiast banknotów skrawki gazet, dokładnie w liczbie 9, nie może spać). Palomie ( z pokolenia "loreal" - swoją drogą ciekawe określenie),  już nie wystarczają poradniki typu "Jak być szczęśliwą" i filozofia zen, ani warsztat komunikacji. Zgadza się poświecić tydzień, by  z pomocą Brzytwy (barwna postać, "freak, który nie spełnia unijnych standardów" )znaleźć rozwiązanie swoich problemów. Tymczasem Norbert cierpi na bezsenność, ucieka w tabletki na sen i wspomnienia. Wspomina natomiast swoje wycieczki w różne miejsca świata i zjawiskową przewodniczkę Bonsai....
To opowieść o trudnych relacjach, nie tylko małżeńskich,ale i rodzicielskich ( Paloma chce uciec od życia, jakie wiedzie jej matka, słowo "matka" pojawia się pisane mniejszą czcionką niż reszta tekstu - to ma swoją wymowę). Galeria niebanalnych postaci: oprócz specyficznej Brzytwy bibliotekarka Tosia i policjant Beret. Na uwagę zasługuje motyw obrony praw zwierząt. Rzecz rozgrywa się w Krakowie, miło czytać o znanych ulicach, miejscach (o ile się zna, w moim przypadku- tak) Zakończenie - mnie zaskoczyło. Było zabawnie, ale i poważnie. Dobrze się czytało ( już dawno skończyłam, ale dopiero teraz się zmobilizowałam do napisania na bazie zapisków na karteczce). Taka lekka w sumie książka do pociągu/autobusu, do poduszki.

PS . Czy ktoś z Was zna przepis na lemoniadę z pietruszki?? ;-)






piątek, 1 lipca 2011

Efekt kobiety

Małgorzata Kalinowska, Efekt kobiety, Wyd Novae Res, 2010, s. 398.

Bez efektu
Przyznaję się bez bicia.... nie przeczytałam do końca. Dobrnęłam gdzieś do 234 strony i stwierdziłam, że nie ma sensu kupować kredensu... nie ma sensu męczyć się dłużej, skoro:
a) nie wciąga mnie fabuła;
b) nie lubię bohaterów;
c) nie interesuje mnie, co będzie dalej;
d)  tyle  innych książek czeka.....
Jednocześnie daleka jestem od stwierdzenia, że  to słaba, czy zła książka. Bynajmniej. Styl i język całkiem w porządku (metafory, opisy...- przeczytacie same jak brzmią). Przeskoki czasowe - ciekawy zabieg. Treść -po prostu do mnie nie trafiła. Nie ten nastrój, nie ten czas. Bywa....


Toksyczne związki, kłamstwa, zdrady, romanse, dwulicowość bohaterów- denerwowało mnie to. Zapowiadało się inaczej, liczyłam na sagę rodzinną, opowieść o pokoleniach  kobiet. Na początku powiało kryminałem / sensacją.... Potem scena  "znad rozlewiska" - bohaterka (Małgorzata) czeka w domu na wsi na przyjazd przyjaciółki i córek, oburza się na gospodynię, że koperek do rosołu... Skok w przeszłość - narodziny Gosi w Petersburgu, babka czarownica... Ciekawie.... 
A potem chlup, w bagienko.... Były mąż, który znęcał się nad Małgosią psychicznie i fizycznie, znów pojawia się na horyzoncie, tym razem z inną "bardziej ludzką" twarzą; bohaterka boryka się z chorobą, ukrywając ją przed bliskimi; jej przyjaciółki ostrzą sobie ząbki, by uwieść mężczyznę, nawet "wchodząc w paradę"  koleżance - patrz: Edyta i Bartek)....Samo życie? Może i tak, ale czy ja muszę o tym czytać?

Najbardziej spodobała mi się okładka. Wenecka maska karnawałowa w błazeńskiej czapce z dzwoneczkami. Wielce wymowna. Symbolizuje dwulicowość bohaterów, nakładanie przez nich masek - grę pozorów, fałsz i obłudę.

Celowo poszperałam po blogach za recenzjami "Efektu kobiety". W większości są pozytywne, pochlebne opinie. Nie mam zamiaru z nimi polemizować, a i pewnie zgodziłabym się z nimi, po głębszej i całościowej lekturze i wnikliwej analizie, na które nie mam jednak siły i ochoty. 

Nie każda książka dla każdego. Tym razem było nie dla mnie. Życzę udanego, owocnego w wrażenia (pozytywne/negatywne) zmierzenia się z ta powieścią.

 Książka gościła u mnie dzięki "Włóczykijce".

Moja lista blogów