poniedziałek, 13 kwietnia 2015

"Niespodzianka na 6 liter" B. Spychalska-Granica

Wyd. Zysk i S-ka, 2015
Któż z nas nie lubi niespodzianek?! Już samo brzmienie tego słowa wzbudza pozytywne odczucia. Niespodzianka - to słowo jest jak mały dzwoneczek, który sygnalizuje, że właśnie ma miejsce coś zaskakującego i przeważnie przyjemnego. Dzieciom - smakuje czekoladowo i kojarzy się z zabawą, prezentem. Dorosłym - przywołuje na myśl okrzyk znajomych wyskakujących znienacka z tortem i urodzinowymi czapeczkami albo widok czegoś specjalnego przygotowanego przez bliską osobę. Niespodzianka miewa jednak - oprócz tego radosnego - inne oblicze. Mianowicie wtedy, gdy zdarzają się rzeczy nie do końca po naszej myśli, wbrew naszym oczekiwaniom, czy cudzym intencjom. Wówczas słowo "niespodzianka" nabiera nieco ironicznego wydźwięku.

"Życie jest jak pudełko czekoladek. Nidy nie wiadomo, na co się trafi" - ten słynny cytat z Forresta Gumpa można odnieść i do niespodzianek  w ogóle i do powieści Barbary Spychalskiej-Granicy w szczególe. Debiutancka Niespodzianka na 6 liter to proza obyczajowa opowiadająca o relacjach damsko-męskich, w tym: tych toksycznych i nietypowych. Temat-rzeka, ale choć zapisano już w związku z nim całe morze papieru, to nadal będzie stanowić problematykę ważną, aktualną, ciekawą i potrzebną. Bo dotyka  ona - bezpośrednio bądź pośrednio - nas samych, niezależnie od wieku, miejsca i czasu.

Główna bohaterka, a zarazem narratorka, Magda jest trzydziestokilkulatką, której oprócz pracy, mieszkania, psa i samochodu do szczęścia brakuje tylko rodziny i "monotonii codziennego życia". W końcu ileż  można wygrzewać się w cieple domowego ogniska u przyjaciółki Ewy z sąsiedniego bloku! Chętnie pozbyłaby się tej swojej "wolności", nie chce być samotna, ale nie za wszelką cenę. Jest "singielką z odzysku", ma za sobą małżeństwo z niespełnionym artystą - pasożytem, które rozpadło się z hukiem. W jej w miarę poukładane, choć dalekie od ideału, życie wkraczają mężczyźni. Poznany podczas spaceru z psem, tajemniczy Ben, który pojawia się i znika. Andrzej, szef Magdy, który  przestał być w centrum zainteresowań własnej żony, a "przypomniał sobie" o tym, co kiedyś ich łączyło... Wreszcie Jerzy - nieszczęsny "eks" zamajaczył na horyzoncie z nadzieją na powtórkę z rozrywki. Magda nie czuje się pewnie, ma mnóstwo wątpliwości, rozterek. Sama nie wie, czego chce i  - co ciekawe  - ma tego pełną świadomość. Tak jakby stała na rozstaju dróg, albo zabłądziła w lesie i nie wiedziała, która ze ścieżek doprowadzi ją do celu. Być może kogoś będzie irytowało zachowanie kobiety, ale trzeba spróbować ją zrozumieć. Boi się znów rozczarować, ale też obawia się przegapić to, co najważniejsze. Niby co ma wisieć, nie utonie, ale póki co, przecież  trzeba jakoś się odnaleźć w sytuacji, podejmować decyzje i przyjmować ich skutki. Magda jest szczera, zwyczajna, wręcz taka - jak zapewne wiele spośród czytelniczek. Kto nigdy się nie wahał i  nie miotał, kto nigdy nie narzekał na pogodę, i komu czasem rytmu życia nie wyznaczał jakiś punkt typu"spacer z psem" - niech pierwszy rzuci książką ;-)

Powieść jest ciepła, zabawna, zakończona happy endem. Taka z rodzaju tych "życiowych", w których odbija się codzienność, znane nam sytuacje i zwyczajni ludzie. Opowiada o tym, że nie powinno się wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, ale też, że stara miłość nie rdzewieje, o czym świadczy historia mamy Magdy.  Niespodzianka... zawiera również przykład prawdziwej, oddanej przyjaźni oraz wzór związku, w którym nie jest różowo, ale ma on solidne podstawy i stabilną konstrukcję, która nie runie nawet, gdy zdarzają się domowe "wyładowania atmosferyczne".
Książka wydawała mi się dość spokojna, nie chciałabym jednak użyć słowa "monotonna", bo stąd tylko krok do "nudna", a zupełnie nie o to mi chodzi. Nie ziewałam wcale, śledząc perypetie uczuciowe bohaterki, ani nie zżymałam się nad "oklepanymi" motywami typu "domek nad jeziorem", "spadek po dalekim krewnym", czy "cukiernio-kawiarnia" - bo takowe po prostu tu nie występowały.  To raczej taki spokój wynikający z toku opowieści, a nie braku wydarzeń. Nie nazwałabym Niespodzianki... rewelacją, ale mam bardzo pozytywne wrażenia z lektury. Szukając porównania: to tak, jakbym zjadła dobry, tradycyjny, smaczny obiad bez wymyślnych składników i kombinacji, a następnie poczuła sytość i satysfakcję.

Deserem zaś, czy też wisienką na torcie, jest bohaterka drugiego planu, która skradła uwagę zapewne niejednego czytelnika: Luiza, pies rasy bokser, zwana pieszczotliwie "psią". Brawa dla autorki za pomysłowy neologizm. Skoro mamy kot- kotka, to dlaczego nie pies - psia? Chodzi tu bowiem o rzeczownik (w znaczeniu "psinka", "sunia"), a nie przymiotnik (tak jak  np. w wyrażeniu "psia kostka"). Pomijając jednak już kwestię nazwy, to trzeba docenić piękny obraz przyjaźni ze zwierzęciem, jaki autorka odmalowała w powieści, a także wybór niezbyt popularnej w literaturze rasy psów. Przyznam, że najczęściej chyba czytałam w beletrystyce o kundelkach, jamnikach, owczarkach niemieckich, pudlach, trafiły się bulteriery (Kraina Chichów się kłania), ale z bokserem na kartach książki spotkałam się po raz pierwszy. Dodam też, że moje uznanie zdobyła scena, w której Magda wraz z dozorcą stwierdzają, iż mało jest porządnych właścicieli, sprzątających odchody po swoich pupilach, a brak świadomości w społeczeństwie jest smutny. Moim zdaniem, taka wzmianka w powieści to kropla w morzu i głos wołającego na puszczy, choć dobre i to. Przydałyby się wielkie kampanie społeczne na ten temat, ale już nie rozwijam tej dygresji, bo przecież nie o "niespodziankę", w którą można wdepnąć, chodziło.

Właśnie, jaka niespodzianka (w sumie to niejedna) spotkała bohaterkę, jak skrystalizowały się jej uczucia, czy rozwikłały się skomplikowane sprawy - po odpowiedzi na te pytania odsyłam do powieści. Spędzicie z nią miłe popołudnie, być może zastanawiając się nad podobnymi sytuacjami z własnego życia, czy takimi z którymi się zetknęliście lub o nich słyszeliście. Niespodzianka na 6  liter to porządny kawał  tzw. literatury kobiecej, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, przemiła komedia romantyczna z mądrą lekcją między wierszami. To również gratka dla fanów bokserów, psów rzadko goszczących w literaturze, a dość lubianych i popularnych.

Cieszę się, że miałam okazję rozwiązać tytułowe hasło z krzyżówki rodem i poznać Magdę, Ewę, Bena, Andrzeja, Elę, Jerzego i oczywiście - Luizę. Dzięki nim spędziłam przyjemnie parę wieczorów i nabrałam pozytywnej energii na czas wiosennego przesilenia. Mam nadzieję, że autorka uraczy nas kolejną, porządną porcją obyczajowej prozy.

czwartek, 9 kwietnia 2015

piątek, 3 kwietnia 2015

Alleluja!

Zdrowych, radosnych i kolorowych Świąt Wielkanocnych. 


Oby Wam wszystko układało się zgodnie z planem, a wobec niepewnych warunków atmosferycznych 
niech chociaż pogoda ducha dopisuje.
Smacznego jajka, barszczyku, bigosu, sernika, babki i mazurka 
oraz wszystkiego, co tam tylko na stole będziecie mieć.
Przyjemnego spacerku i sjesty z książką.
Wesołego śmigusa-dyngusa, z mokrym bym nie przesadzała...
Wszystkiego dobrego na świąteczny czas.

czwartek, 2 kwietnia 2015

"Muzyka własna" Adam Sztaba

http://www.matras.pl/muzyka-wlasna-2-cd.htmlZapewne wiele osób kojarzy Adama Sztabę jako jurora popularnego muzycznego talent-show. Nie trafił on tam  przypadkowo, bowiem to specjalista w tej dziedzinie. Jest kompozytorem, aranżerem, dyrygentem i producentem muzycznym w jednej osobie. W tych rolach  przeciętny człowiek raczej rzadko go postrzega, niewiele o nim wie. Na przykład słuchając piosenki, skupia się przeważnie na  wykonawcy, a nie na tym, kim jest twórca muzyki, czy aranżacji. Warto jednak poszerzyć swoją znajomość ze Sztabą nie tylko za pośrednictwem  szklanego ekranu, ale także poprzez zapoznanie się "nausznie" z jego dokonaniami kompozytorskimi.

"Muzyka własna" to wydawnictwo dwupłytowe, w formie eleganckiej książeczki-albumu z dwiema kieszeniami na CD. Ukazało się nakładem "Agory" w 2014 r.
Pierwszy krążek zawiera muzykę do spektaklu tanecznego "Opentaniec". Nie, tu wcale nie ma błędu. Nazwa operuje grą słów i brzmień. Odnosi się do kogoś "opętanego" przez jakieś moce (np. diabelskie), duchy, czy przez pasję, którą może stanowić taniec. "Open" - to po angielsku "otwarty". Mamy więc "otwarty taniec". Każdy inaczej interpretuje muzykę oraz choreograficzną ekspresję.  W kolejnych 13 utworach prezentuje się "Opentańcza Orkiestra" pod batutą Adama Sztaby.  Rozbrzmiewają znajome motywy ludowe ("Porębianka"), skoczne dźwięki, alei i słychać dostojną nutę poloneza. Sztaba czerpie z tradycji i tworzy nowoczesną formę, przy czym wcale nie udziwnioną. Całość jest bardzo ciekawa, różnorodna, pobudzająca wyobraźnię. Pod wpływem tej płyty aż chce się ruszyć w tany Ta muzyka może opętać!

Druga płyta zawiera muzykę do filmu "Od pełni do pełni" - komedii z 2012 r. w reżyserii T. Szafrańskiego. Wykonuje ją Sinfonia Varsovia pod dyrekcją Adama Sztaby. On także gra na fortepianie i czeleście. W utworze tytułowym występuje słynny gitarzysta Marek. Napiórkowski, nazwisko perkusisty- Michała Dąbrówki też jest dość znane.  Niestety, nie znam filmu, a zatem nie mogę stwierdzić, czy nagrania dobrze ilustrują sceny z ekranu, ale już same tytuły poszczególnych utworów zaciekawiają i "opowiadają"( np. "Oskar spotyka Lenkę", "Zabijemy panią profesjonalnie", "Pożegnanie", "Cierpienia młodego Słowika", "Nowa miłość"). W 23 kompozycjach  mamy cały bukiet dźwięków i emocji. To przyjemna, wykwintna podróż muzyczna. Można się w niej zasłuchać, rozmarzyć. Można też wykorzystać jako miłe dla ucha tło do wykonywania zajęć.

Trudno jest opowiadać o muzyce, a jeszcze trudniej opiniować. Każdy odczuwa ją inaczej. Ma inny gust, inne potrzeby. To, co dla mnie jest rarytasem, dla kogoś może okazać się totalnie niestrawne.
"Muzyka własna" Adama Sztaby dostarczyła mi wielu wrażeń i przyjemności. Rodzina nie protestowała, nie wołała, by wyłączyć odtwarzacz, co w przypadku czteroletniego dziecka, szczerze wyrażającego swe odczucia, zdarza się dość często. Dodam, że mąż nie jest wybitnym koneserem, ma swoje ulubione "kawałki", których ja nieraz nie jestem w stanie zdzierżyć. A tu  - o dziwo - podobało się wszystkim. To dowód na to, że muzyka Sztaby jest przystępna,  przyjemna, "ludzka", "da się jej słuchać", nie wymaga wyrafinowanego słuchu. Dobra jakość broni się sama!

Te  krążki są zupełnie różne. Powiedziałabym: jeden - "dzienny", drugi - "nocny". Pierwszy - energetyczny, żwawy, zwariowany. Drugi - stonowany, spokojny. Dostajemy je w "dwupaku" - przydadzą się na różne nasze nastroje.

Muzyczną podróż w świat Adama Sztaby zabrały mnie:

środa, 1 kwietnia 2015

Kurka i reszta, nieplanowana notatka 3/2015

Jak nie pisałam, to nie pisałam, a teraz to chyba worek się rozerwał, czy z rękawa sypię, czy jak to tam się mówi.

Niespodzianka. Taka " Niespodzianka na 6 liter". To tytuł książki, którą będę recenzować (albowiem pomyślnie przeszłam I etap konkursu  - "Przegląd czytelniczy" ), a ta recenzja będzie brała udział w konkursie. Wiwat Wydawnictwo Prószyński!
Wydawnictwo Marginesy - hip, hip, hura!  Tylko czy oni muszą wydawać aż tyle interesujących książek..?. Pytanie retoryczne, ha!  Będą zatem świnki, tulipanki i poetyckie serce. Do poczytania i opisania.
I będzie kolekcja książek (WSZYSTKICH!!!) Katarzyny Michalak - do nabycia w kiosku. Jedni się śmieją, drudzy płaczą.. :D

Ale dziś było hucznie! Wcale nie mam na myśli żadnego szampana i innych celebracji, tylko warunki atmosferyczne. Wiało, lało i straszyło. Teraz natomiast - gdy piszę niniejsze słowa - słonko mi w okno zagląda. Kwiecień-plecień. Plecie gęsto!
Dzień nieprzyjemny, ale wyjątkowy, bo moje dziecię miało w przedszkolu występ artystyczny dla rodziców pt. "Awantura o jajka" i kurki rolę grało. Toteż dziecię  - choć w okresie rekonwalescencji-  zabrało się rano kursem z tatą, do pracy jadącym. Ja natomiast na 10.30 wyruszyłam, z parasolem i opatulona solidnie.
Występ uroczy, dzieciaczki jak na maluchy znakomicie sobie poradziły, potem stroiki z własnoręcznie malowaną wydmuszką wręczyły.
Potem zabrałam swoją kurkę Czupurkę i wracałyśmy pieszo. Nawet nam się udało, bo już tak nie wiało., tylko padało. A parasolowi żebra się "wygły" jak te tory... :-) Tak oto nieco mokre, ale szczęśliwe doczłapałyśmy się do domciu.
I tak właśnie trochę a propos...
Będzie u mnie nowa odsłona blogowa, taka "parentingowa" (ugh, jak ja nie lubię tego słowa, po polsku nie można??? - "rodzicielska". Nie nowy blog całkiem, tylko tutaj co jakiś czas wpis tematyczny. Może zakładka z linkami też. Na pewno będzie o literaturze dla dzieci, coś z życiowej praktyki, może o modzie dla najmłodszych, zabawkach, grach, o zajęciach plastycznych. Szukam nazwy dla mojego cyklu. Jakieś pomysły może mi podsuniecie?

I na koniec - dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Ptaków. Z tej okazji zatem  idę poczytać Elwirce "Ptasie radio" i poszukać innych "ptasich" tekstów.

Ćwir, ćwir!

poniedziałek, 30 marca 2015

Notatka w kratkę nr 2/2015, o ile dobrze pamiętam

Palce mnie świerzbią, żeby coś napisać, no to sobie napiszę notatkę w kratkę, a może dla odmiany w kropki. Nie żebym nie miała co robić! Bynajmniej! Czeka blacha po czipsach z jarmużu (przepis z Kącika z Książkami) do umycia, spodnie (w kratkę!) do podszycia, sporo jeszcze spraw by się znalazło. Tymczasem zmiana czasu i wiosenne przesilenie wywołało u mnie rozdrażnienie połączone z roztrzepaniem, którego nie da się uspokoić czytaniem.
Zbierałam powoli tematy, o których chciałam napisać, ale jakoś mi poumykały... Może to i dobrze? A może czas na preparaty wspomagające pamięć i koncentrację? Ostatnio i tak bywam zbyt często w aptece, ech...
Spróbuję wykrzesać co nieco z szarych komórek. Zatem, co ja porabiałam ...
  • W dni, kiedy było dość ciepło, uruchomiłam program: Windows. Wersja dla nieperfekcyjnych. Czyli bez rajstop i gliceryny. Działało, tylko firanka się zawiesiła..
  • Kuchenne (r)ewolucje albo"wege" w rytmie "rege":
- Placuszki z kaszy jaglanej i twarogu, z brzoskwiniami  - przepis pozornie wyglądał na szybki, łatwy i przyjemny. W praktyce jednak okazało się, ze trzeba go zmodyfikować, bo przy pierwszej partii smażenia rozległo się "Houston, mamy problem". Co ciekawe, nie tylko ja zmagałam się z takimi placuszkami, i to w tym samym dniu! Swoimi przejściami, pomysłami i efektami dzieliłyśmy się, niemal na bieżąco na fb ( tak to jeszcze nie gotowałam!)
- Zielony mus:  jarmuż, seler naciowy, kiwi, jabłko, blender. Witaminy. Pychota. (zdjęcie bodajże dwa -trzy posty niżej)
- Trójkąty z ciasta francuskiego z nadzieniem ze szpinaku i białego sera - chrupiąca kolacyjka z tego, co zostało z dnia poprzedniego.
  • Teatr Telewizji - żelaznym punktem programu!  Znakomita "Amazonia" i  świetna "Zabójcza pewność". Kto nie oglądał, niech łapie powtórki.
    Koncert Galowy PPA we Wrocławiu - atmosfera wojny... pieśni zacne, o wykonaniach można dyskutować.
    Skoro już jestem przy  tv -  z utęsknieniem czekam na co piątkowe wytchnienie  przy przezabawnym "O mnie się nie martw" ( "Kaszubo, Kaszubo, Kaszubo mecenasie. Są między nami rachunki krzywd, których prawdopodobnie panu nigdy nie zapomnę" ,"Wąż boa cętkowany w pręgi" , "Iguniu, światłości moja" - teksty Krzyśka (w tej roli fantastyczny Paweł Domagała) mogą doprowadzić do łez... ze śmiechu)
  • Miałam urodziny. Kocyk dostałam, aby stare kości pod nim wygrzewać :-)
  • Mysz na szydełku wydziergałam. Koślawa i kłapoucha, ale własna.
  • W radiu raz piosnkę W. Młynarskiego ("Nie ma jasności w temacie Marioli") słyszałam, niby nic dziwnego, ale tak jakoś to "made my day". I jeszcze audycja Klub Trójki była jego tekstom poświęcona, uszka się cieszyły :-)
  • Dywan eksmitowałam, pluszaki w zamrażarce trzymałam - walka ze świeżo rozpoznaną alergią rozpoczęta.
  • Poprawiałam literki.
  • Czytam w międzyczasie, mało, ale da się. Lista w stosownej zakładce stale się powiększa. Reaktywowałam na użytek własny Marzec z Marią. Kuncewiczową. Kiedyś będzie notka o tym.
  • Wściekłość i wrzask. Psychopata i samolot. Naprawdę nie muszę czytać/oglądać thrillerów. Wystarczą wiadomości z kraju i ze świata. I tak mam aż po kokardę.
  •  Chyba będę obchodzić w tym roku prawosławną Wielkanoc, bo teraz się nie wyrobię, a oni mają tydzień później ;-)  Nastawić przypominacz - rzeżucha! jajka!! święconka!!! 

  • To są punkty awaryjne- gdyby coś mi się przypomniało...
  • A teraz mam ochotę skasować wszytko powyższe, ha!


PS. Kwiecień planuję z literaturą czeską i królikami.
Maj - może klasyka? A może inny pomysł? :-)


Moja lista blogów