"Toń" Ishbel Szatrawska
niedziela, 10 marca 2024
"Toń" Ishbel Szatrawska
czwartek, 15 lutego 2024
"Zjadacz czerni 8" Katarzyna Grochola
Sięgnęłam po tę książkę tak jakby w hołdzie ( nie wiem czy to dobre słowo), czy raczej ku pamięci Kogoś, kto bardzo lubił twórczość tej pisarki. Zresztą ja też lubię. Warto wiedzieć, że Grochola ma w dorobku nie tylko zekranizowane komedie romantyczne o domkach nad jeziorem ( swoją drogą to już taka klasyka naszej współczesnej literatury popularnej, "kobiecej" - w umownym tego słowa znaczeniu, bo ja nie dzielę książek na kobiece i męskie), ale książki różnego kalibru, dojrzałą prozę obyczajową, autobiograficzną, kryminalną, felietony, opowiadania poruszające wiele ważnych życiowych tematów. Można jej twórczość lubić albo nie, ale trzeba przyznać, że autorka się stara, trzyma klasę, nie produkuje powieści hurtowo, dba o jakość, a nie ilość.
"Zjadacz czerni 8" przykuł moją uwagę abstrakcyjnym ( jak się przekonałam, uzasadnionym w treści) tytułem oraz subtelną grafiką Andrzeja Pągowskiego. Zaczynałam czytać już ze dwa razy, nie szło, ale w końcu udało się przysiąść i jak już minęło kilka stron, to się wciągnęłam i zaangażowałam emocjonalnie.
To piękna powieść zbudowana z rozdziałów - opowiadań połączonych
cieńszymi i grubszymi nitkami postaci i wzmianek o nich. Wzruszająca,
smutna, niosąca nadzieję, wiarę w miłość
i dobro. Nie zaliczyłabym jej jednak do tych pokrzepiających, otulających jak
kocyk, ta powieść raczej drapie jak stary pled. Dostarczyła mi wielu wzruszeń i zaskoczeń, a
także czytelniczej przyjemności obcowania z literackim tekstem, w którym każde
słowo jest na swoim miejscu i ma znaczenie.
W sumie można by czytać te rozdziały w dowolnej kolejności. Każdy stanowi
odrębną całość. Łączą się tak, że np. syn starszej pani z jednego tekstu jest
szefem bohatera innego opowiadania, którego żonę operuje syn bohaterów
kolejnego tekstu, oczywiście on też ma "swoje pięć minut" ... Albo
jest wzmianka o tym, że ktoś chce rudego kotka, albo o kwiaciarni, albo o dziewczynie, która pięknie śpiewała... Pozornie bez
znaczenia, ale to potem "pączkuje" w fabule, rozwijają się
historie....
O czym są? O wszystkim! O życiu, śmierci, miłości - w różnych odcieniach ,
tęsknocie, chorobie, nadziei, teatrze... O przypadku i przeznaczeniu. O
potrzebie bycia wysłuchanym... O tym,
jak niesamowicie mogą się splatać ludzkie ścieżki... O tym, że wszystko jest po
coś...
Strasznie banalnie brzmi to, co piszę, ale nie umiem dobrać lepszych słów.
W sumie to jest mi bardzo trudno opowiedzieć o tej książce, bo właściwie każdy
rozdział można by rozgrzebać, przeanalizować, zastanowić się nad każdą sceną,
każdą postacią. Wolałam jednak to wszystko przeżywać, nie opisywać.
Jeszcze tylko dodam, że ważny wydaje mi się motyw czasu. Nie bez powodu tytuły
rozdziałów to określenia typu "Noc", "Poranek",
"Międzyczas", "Siedem minut", "Zmierzch" "Dzień".
Przyjrzę się ich związkom z treścią podczas kolejnej lektury. Już wiem, że będę
chciała powrócić niespiesznie do tej książki.
sobota, 10 lutego 2024
"Poszukiwacze skarbu" Edith Nesbit
Urocza ramotka sprzed stu lat. Pierwsza część cyklu o rodzinie Bastablów.
Po śmierci matki, w sytuacji, gdy rodzinne interesy podupadły na tyle, że nie
było funduszy na szkołę, a służbę
odesłano, szóstka dzieciaków postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i
podreperować domowy budżet. W tym celu Oswald, Dora, Dick, Ala, Noel i Horacy
Oktawiusz zwany w skrócie H. O.)
podejmują szereg działań m.in. kopią w
ogrodzie w poszukiwaniu skarbu, chcą wydać poezje Noela, sami redagują własną gazetę
(ich "dzieła" literackie przypominają mi twórczość rodzeństwa Sawanów
z książek Ewy Lach, muszę sobie kiedyś powtórzyć), rozważają ślub z księżniczką
a nawet bandytyzm, szukają pożyczki u "Ogólnego Dobroczyńcy", próbują
handlować winem i wynaleźć lekarstwo. Wszystko to oczywiście w celach
zarobkowych!...Do tego łapią złodzieja i podejmują obiadem "biednego
Indianina". Normalnie siedem światów z nimi!
Na koniec ich byt znacznie się poprawia.
Trzeba przyznać, ze rodzeństwo Bestablów jest bardzo pomysłowe, samodzielne,
rezolutne. Nie zawsze są zgodni, ale jednak się wspierają, dbają o siebie
nawzajem, zwłaszcza o chorowitego Noela. Potrafią się świetnie bawić, dzielić, mają
bogatą wyobraźnię.
Narratorem opowieści jest jedno z dzieci: "jeden z nas pisze te książkę i
bardzo was proszę, ażebyście się nie
starali odgadnąć, kto jest autorem"
A czytelnicy muszą mocno udawać, że nie wiedzą, kto za tym stoi, bo to zbyt
jasno wynika z treści.
Wszystko to na swój sposób zabawne, naiwne, ma taki staroświecki urok. Dziś już
raczej trudno nam sobie wyobrazić, by dzieci w tym wieku ( skoro najmłodsze ma
osiem lat, to najstarsze 12-13) były tak "dziecinne", bawiły się w
księżniczki, wierzyły we wróżki i miały takie pomysły jak opisane postaci.
Są kolejne części przygód Bastablów, ale chyba już dam sobie spokój. Wydaje mi
się, że inne książki Edith Nesbit, zwłaszcza cykl "Pięcioro dzieci i
cos", są lepsze. Nic dziwnego, bo to po szkolnych wspomnieniach jej
pierwsza książka dla dzieci ( 1899).
W ogóle to sięgnęłam po ten tytuł, bo w "Trójce E-pik" do lutowej
kategorii potrzebowałam właśnie czegoś z motywem poszukiwania skarbów lub ze
skarbem w tytule, a nie mam ochoty na jakieś powieści przygodowe, czy inne dłuższe teksty.
Audiobook - czytała Anna Nehrebecka. Bardzo przyjemny głos.
czwartek, 8 lutego 2024
"Tak miało być" J. Żugaj, P. Corso
"Tak miało
być" Julia Żugaj, Przemek Corso, wyd. SQN
Jestem zaskoczona. Sygnowana nazwiskiem
influencerki/wokalistki Julki Żugaj oraz autora/lektora/konferansjera Przemka
Corso powieść młodzieżowa okazała się daleka od ideału, ale przyzwoita, i to w
podwójnym znaczeniu.
Obyło się bez wulgaryzmów, nieobyczajnych scen, toksycznych zachowań - bezpieczne
treści.
Ta niedługa opowieść o rodzinie, przyjaźni, pierwszej miłości, sporcie,
marzeniach i determinacji napisana
została dość poprawnie, prostym językiem, przyjemnym w odbiorze. Niewykluczone,
że przeoczyłam jakieś błędy, czy potknięcia, bo słuchałam audiobooka, a wtedy
mniej skupiam się na samym tekście (jestem raczej wzrokowcem).
Fabuła jest niezbyt oryginalna, wręcz banalna, nierozbudowana ( momentami
niestety spłaszczona i streszczona), może nawet nudnawa, ale spokojna, pełna sielankowej
atmosfery, ciepła i miłości, ze smutną nutą, utrzymana w klimacie amerykańskiego
filmu familijnego. Czasem po prostu takich potrzebujemy dla poprawy nastroju.
Pamiętam jak w soboty czekało się na
cykl "Walt Disney przedstawia", gdy po animowanej bajce nadawano
właśnie taki familijny film, często o szkolnej drużynie (hokeja, koszykówki,
baseballu itp.) rozgrywającej ważny mecz, a w tle były perypetie uczuciowe i
problemy rodzinne bohaterów. I właśnie w
tym stylu jest "Tak miało być".
Mia mieszka wraz z mamą i jej drugim mężem w nadmorskim miasteczku Cape Mae w New
Jersey. Gra w baseball, do którego pasją zaraził ją ojciec. Podczas wakacji
uczęszcza na treningi. Zaprzyjaźnia się
z mieszkającą u babci tajemniczą Sophie, poznaje jej starszego brata... Nietrudno
domyślić się, że coś między nimi zacznie się dziać.
Wkrótce ma odbyć się mecz z drużyną z Nowego Yorku. Okazuje się, że tata Mii
nie może wtedy przyjechać. To jednak nie wszystko, z czym musi zmierzyć się
nastolatka...
Można zarzucić, że bohaterki zachowują się zbyt dziecinnie ( i zbyt grzecznie)
jak na 17 lat, lecz zważywszy na to, że odbiorcami, a raczej odbiorczyniami tej
książki zapewne będą dziewczyny 10-13 l. ( a może nawet i młodsze fanki Julii),
to nie stanowi większego problemu.
Trochę marudziłam na te amerykańskie realia, nie potrafię zweryfikować, czy tam
wszystko się zgadza. Oświećcie mnie proszę, czy w USA rośnie bez (lilak)?
Odnoszę wrażenie, że to taki wyidealizowany obrazek, domki jak z pocztówki, rodzinne
posiłki, impreza na plaży i ten roznosiciel prasy na rowerze, ciągle nie trafiający
gazetami pod drzwi (kadr jak z filmu, co nie?)
Podobało mi się to, że pasją głównej bohaterki nie był makijaż, czy taniec, ale
baseball, choć mogłoby być nieco więcej
opisów, czy szczegółów związanych z tą dziedziną sportu. Przyjmuję jednak, że
ważniejszy jest jednak wątek romantyczny i rodzinny, to na nich chcą się skupić
nastoletnie czytelniczki, a nie na baseballowych treningach.
Doceniam przedstawienie pozytywnych relacji rodzinnych ( między rozwiedzionymi
rodzicami, między ojcem a córką, między ojczymem a pasierbicą itd.) oraz
zaakcentowanie przyjaźni, sportowego zaangażowania, otwartości, wzajemnej
życzliwości. W ogóle jakoś tak sympatycznie było.
Spośród postaci szczególnie mnie ujęły babcia Agata o polskich korzeniach
gotująca pierogi oraz Ben - wzór ojczyma, utalentowany kulinarnie, który nawet
spróbował zrobić... żurek.
"Tak miało być" to żadne arcydzieło, ale jako czytadło, taki
"american dream" czy raczej "friendship and love" dla
młodszych nastolatek, w porównaniu z
tym, co pojawia się na rynku wydawniczym (mam na myśli słynną "Rodzinę
Monet" i hurtowo drukowane teksty z wattpada) to naprawdę ujdzie.
Audiobooka słuchało mi się przyjemnie, czyta Marta Wągrocka.
niedziela, 3 grudnia 2023
"Ciche cuda. Z zachwytu nad życiem" Anna H. Niemczynow
Trochę skusiła mnie
śliczna, kwiatowa okładka, trochę zadziałał jakiś impuls, koniec końców nieco
"w ciemno" zgłosiłam się do zrecenzowania tej książki. Początkowo
miałam wrażenie, że pomyliłam się, bo ta pozycja to zupełnie nie moja bajka,
jednak z każdą kolejną stroną coraz bardziej ją doceniałam.
W kilkunastu opowieściach autorka odwołuje się do własnego, bogatego doświadczenia
(a trzeba przyznać, że w życiu spotkało ją wiele i dobrego i złego). Opowiada o
swoich przejściach, o trudnych sytuacjach w jakich się znalazła, o tym, jak
była traktowana przez rodzinę, bliskich, znajomych i nieznajomych; o kryzysach
i efektach podjętych działań. Dzieli się swoimi przeżyciami i przemyśleniami.
Opowiada o swoich słabych i mocnych stronach, nie wywyższa się, nie jest
ideałem.
Myślę, że niejednej osobie może tym dodać skrzydeł i dać piękną lekcję, jak nie
poddawać się mimo przeciwności losu i jak doceniać te tytułowe "ciche
cuda", których doświadczamy na każdym kroku, ale często ich nie zauważamy,
nie dostrzegamy jaką niosą wartość.
Na zdjęciu na skrzydełku okładki widnieje piękna, uśmiechnięta, emanująca
radością i szczęściem kobieta, z kwiatami w długich włosach, z błyskiem w
oczach. Patrząc na nią, nikt by nie pomyślał, ile przeszła. Dopiero lektura
książki "Ciche cuda" nam to uświadamia. Jej życie nie było różami
usłane, wręcz przeciwnie, począwszy od trudnego dzieciństwa, jednak - dzięki
niesamowitej woli i samozaparciu - z
brzydkiego kaczątka wykluł się łabędź. Swoim życiorysem mogłaby obdzielić kilka
osób, niestety, tyle się naraz skumulowało na jednym "koncie". I to
nie jest tak, że od pewnego momentu, jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki, wszystko układa się idealnie, bo są nadal górki i dołki, zakręty i
mielizny, ale też... świeci słońce i kwitną kwiaty, które same zasiejemy.
Jestem pod ogromnym wrażeniem osobowości Anny H. Niemczynow, jej odwagi,
szczerości, otwartości, dystansu do siebie. Owszem, momentami może brzmi jak
"Coelho w spódnicy", ale trzeba przyznać, że porusza i motywuje, w
sposób, który naprawdę może dotrzeć do odbiorcy. Naprawdę podziwiam, że
zechciała tak otwarcie i bezpośrednio podzielić się prywatnymi sprawami, sytuacjami,
w których znalazła się (i zapewne znajdzie) niejedna osoba - np. brak akceptacji, samotne macierzyństwo,
nieudane małżeństwo, toksyczni ludzie, anoreksja, bulimia, uzależnienie od
sportu, emigracja, choroba. Wydaje mi się, że łatwiej przeżyć i pokonać własne
problemy, wiedząc, że ktoś też takich (a może i gorszych) doświadczał i wyszedł
z nich zwycięsko. I nie chodzi tu o licytowanie się czyja sytuacja była gorsza,
a czyja lepsza, ale o takie poczucie wspólnych doświadczeń, o przekonanie się,
że każdego może to spotkać i że "da się z tym coś zrobić".
Niemczynow jest osobą wierzącą, w książce daje temu wyraz, dzieli się
modlitwami, ale nie próbuje nikogo "nawracać", niczego nie narzuca.
Po prostu opowiada o własnej ścieżce wiary, pielgrzymce, roli modlitwy w jej
życiu. Co ciekawe, zarzucono jej, że ( cytuję) "taka z pani katoliczka,
jak z koziej dupy wiatrak". Tymczasem jest wrażliwą, tolerancyjną osobą,
która uważa, że wiara lub jej brak to prywatna sprawa, a jej powieści z
założenia są świeckie, poruszające wiele różnych problemów. Po prostu - życiowe.
Nie czytałam jeszcze żadnej z nich. Zdążyłam się jednak dowiedzieć, że autorka podejmuje
szeroką tematykę obyczajową, nie omija trudnych, ważnych spraw, niejednokrotnie
wykorzystując w swojej prozie to, czego sama w jakiś sposób doświadczyła,
przeżyła. Ten autentyzm wydaje się być mocnym atutem. Niewykluczone, że kiedyś
sięgnę po którąś z powieści Anny H. Niemczynow.
Nie wszystko w "Cichych cudach" mi się podobało, mam tu na myśli
zwracanie się do czytelnika "przyjaciółko", "przyjacielu",
nieco egzaltowany styl oraz polecanie własnych książek. To jednak moje
subiektywne wrażenie i absolutnie nie przekreśla wartości tej publikacji. Im
bardziej się w nią zagłębiałam, tym bardziej doceniałam, jaka jest ważna i
potrzebna. Szczególnie poleciłabym ją młodym osobom, choć starszym też,
wszystkim znajdującym się na życiowym zakręcie, w poczuciu beznadziei. Ta
książka nie daje gotowych recept, ale wspiera, skłania do refleksji, inspiruje
do zmian, dodaje skrzydeł. To świadectwo życia, które warto poznać.
piątek, 13 października 2023
"Dawno temu w telewizji" Kamil Bałuk
Świetna publikacja! Już sama okładka nawiązująca do "Telegazety"
przykuwa uwagę i niczym "magiczny przycisk" uruchamia funkcję "a
pamiętasz...?"
Ta książka to nie tylko zbiór ciekawych wywiadów z telewizyjnymi osobowościami,
ale taka " furtka" prowadząca do krainy wspomnień z czasów lat
dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Nie da się uciec od sentymentów,
znajdziemy jednak tu o wiele więcej - zajrzymy za kulisy szklanego ekranu,
dowiemy się jak powstawały i jak były realizowane popularne programy i seriale,
przekonamy się jak to wszystko "działało" i - co najważniejsze -
poznamy bliżej prowadzących, aktorów, reżyserów.
Od małego byłam, jak to się dziś mówi, książkarą, ale telewizja zajmowała
bardzo ważne miejsce w moim życiu, zwłaszcza, że mowa o czasach
przedinternetowych. Długo by wyliczać programy, na których wychowało się moje
pokolenie, np. "5-10-15", "Tik-Tak", "Piątek z
Pankracym", "Teleranek", "Z kamerą wśród zwierząt"... I
te wszystkie "dobranocki", i te seriale dla dzieci nadawane w czasie
"teleferii"... Właściwie cała ówczesna oferta telewizji była nam
znajoma. Któż nie kojarzy naukowej
"Sondy" , historycznych "Sensacji XX wieku" czy
specyficznej czołówki magazynu "Morze"?! Któż nie pamięta familijnych
seansów z kolejnymi odcinkami "W kamiennym kręgu", "Ptaków
ciernistych krzewów" czy "Dynastią"? Któż nie oglądał
teleturnieju "Miliard w rozumie" czy "Koło Fortuny"?! A
później nowoczesne "talk-show", coraz więcej zagranicznych formatów,
programów rozrywkowych, muzycznych, reality-show, sit-comy, pierwsze polskie
telenowele, pierwsze paradokumenty....
Chłonęliśmy to wszystko jak gąbka,
łykaliśmy jak młode pelikany, głodni popkultury. Dopiero po latach zaczynamy
się być może zastanawiać, na czym polegał fenomen tych wszystkich programów,
kto i dlaczego to wszystko wymyślił i jak to realizowano.
Bazą tej publikacji był podcast "Dawno temu w telewizji" w radiu
newonce. Jego genezę też znajdziemy na łamach tej książki. Przyznam, że nie
znałam, ale zaczęłam słuchać i mam wiele do nadrobienia.
Kamil Bałuk zaprosił do rozmowy wiele znanych i lubianych (lub nie) osób m.in.
Magdę Mołek, Paulinę Chylewską, Ilonę
Łepkowską, Elżbietę Zapendowską, Mariusza Szczygła, Jacka Kawalca (na okładce
widnieje cały spis treści). Przeprowadził profesjonalne wywiady, w których odwoływał
się do solidnego researchu oraz do własnych wspomnień i spostrzeżeń na temat omawianych programów. Odebrałam je
jako niesamowicie szczere, naturalne, swobodne, barwne, inteligentne, ambitne,
treściwe, pełne dziennikarskiej wnikliwości i szacunku do rozmówcy. Nie
zabrakło anegdot, ciekawostek, ale przede wszystkim zza sentymentalnej kurtyny
wyłoniła się gorzka rzeczywistość.
Gdybym miała wybrać, które z nich najbardziej mi się podobały, byłyby to wywiady z Elżbietą Zapendowską (jakże szalone
życie!), Rafałem Rykowskim (jeśli komuś to nazwisko nic nie mówi, to hasło
"Kogo witam, kogo goszczę?" powie mu wszystko ;-) ) oraz z... Magdą
Mołek, którą dotąd postrzegałam całkiem inaczej.
Zresztą to trudny wybór, bo w sumie żadnego wywiadu nie
"przekartkowałam", wszystkie okazały się zajmujące i wnosiły coś
nowego.
Z nich wyłonił się nie tylko zbiór
arcyciekawych telewizyjnych osobowości, ale również obraz telewizji po 1989 r.,
w czasie przełomu, przemian, nowości, eksperymentów, gdy polska popkultura
dopiero raczkowała, a względy finansowe i poglądy dyrektorów nie pozwalały
"robić tu MTV". To także opowieść o tym, jaką cenę ma popularność,
jaki wpływ ma telewizja na społeczeństwo, od czego zależą takie czy inne
decyzje i jak kręte potrafią być ścieżki kariery.
Nie zliczę, ile razy nad tą książką mocno się zdziwiłam, uśmiechnęłam się
szeroko, czy pokiwałam głową z zadumą.
"Włączyło" mi się mnóstwo obrazów, skojarzeń, nie obyło się bez
poszukiwań archiwalnych nagrań. Wiele
się dowiedziałam, sporo mnie zaskoczyło, co nieco sobie przewartościowałam. To
było wspaniałe doświadczenie poznać z pierwszej ręki kulisy "Randki w
ciemno", "Roweru
Błażeja", "Idola", "997" "Piratów", "Miodowych
lat" czy seriali i programów, przy których pracował Okił Khamidov.
Na
przestrzeni lat wiele się zmieniło, zarówno jeśli chodzi o technologię, media,
jak i oczekiwania odbiorców. To, co dla nas było nowością, obecnie jest już archaiczne. Dobrze, że można o tym
poczytać - dla nas to wspomnień czar, dla młodszych - lekcja historii
telewizji. Książka, która łączy, a nie dzieli. Przydałby się kolejny tom.





