sobota, 21 grudnia 2019

"Ilustratorki, ilustratorzy..." B. Gawryluk


 (...)
Kiedy dostałam tę (nie ukrywam, że wyczekiwaną) książkę, najpierw ją przekartkowałam i – jak dziecko – obejrzałam obrazki, co chwilę niezbyt inteligentnie wykrzykując “O!”,”Oooo!”, rozpoznając znajome okładki oraz ilustracje, czy nawet  – nie czytając nagłówka – wskazując nazwisko ich twórcy. Nie świadczy to  mojej wybitnej znajomości polskiego ilustratorstwa, bo taką nie dysponuję, ale o tym, że ilustracje z książek z dzieciństwa potrafią mocno wryć się w pamięć i serce małego odbiorcy, który –  już jako dorosły – powraca do nich z sentymentem, a nierzadko chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o kulisach ich powstania, o autorach.  Tym oczekiwaniom wychodzi naprzód Barbara Gawryluk, dziennikarka, tłumaczka, autorka książek dla dzieci, nagrodzona przez polską sekcję IBBY.
(...)
Całość  mojej recenzji pod linkiem:


 http://zycieipasje.net/2019/12/18/szpieg-w-ksiegarni-ilustratorki-ilustratorzy-motylki-z-okladki-i-smoki-bez-wasow-barbara-gawryluk-recenzja/

czwartek, 14 listopada 2019

"Małe kobietki" Louisa May Alcott

Jestem tą powieścią zachwycona, bardzo mi się podobała, taka wartościowa, urocza "ramotka" i wcale nie taka "do lamusa", skoro kolejna adaptacja filmowa na ekranach niebawem.
Podczas lektury czułam się jak za dawnych lat czytając Anię, Polyannę i tym podobne. Wspaniała podróż sentymentalna i kostiumowa.
Tekst pisałam 3 wieczory, wiem -strasznie kulawy, zupełnie mi nie poszło.
Ale samą książkę przeczytałabym chętnie kiedyś jeszcze raz i oczywiście kolejne części. Bo są, tylko jakoś tak przeważnie tylko tę jedną sierotkę wydają... A film obejmuje znacznie więcej, dalsze losy bohaterek "Małych kobietek" .Oglądałam  ekranizację z 1994 roku, tę nową też chętnie zobaczę.

Z uwagi na  fakt, iż akcja zaczyna się w Boże Narodzenie ( to ważny dzień dla bohaterek - pomagają biednym, podejmują wyzwanie pracy nad sobą, świętują) i też kończy się po roku , kolejnym Bożym Narodzeniem - i znów wtedy mają miejsce ważne rzeczy ( spotkanie całej rodziny, sprawy |matrymonialne zaczynają swoj bieg..) - zaliczam tę lekturę do kategorii "poczuj klimat świąt" listopadowej Trójki E-pik.

Małe kobietki" Louisa May Alcott"

Urocza książka! Niby taka staroświecka, a jakże wartościowa i uniwersalna. Z założenia to powieść dla młodzieży, ale i dorosły przeczyta ją z satysfakcją  i sentymentem. To klasyka, do której często i chętnie się wraca, o czym świadczą również adaptacje filmowe. Zachwyci na pewno miłośników książek o  Ani z Zielonego Wzgórza, Emilce ze Srebrnego Nowiu, czy Polyannie oraz serialu o perypetiach Doktor Quinn, to dość podobne klimaty. Fani Jeżycjady też nie powinni narzekać. Proza Louisy May Alcott spodoba się szczególnie tym, którzy szukają w literaturze charakternych bohaterek i ważnych wartości.


Są takie książki, o których wiele się słyszy, ich tytuły przewijają się tu i ówdzie, pojawiają się liczne nawiązania do wywodzących się zeń postaci, czy scen. Książki z kanonu literatury światowej, klasyka na którą dotąd nie było czasu, czy brakowało sposobności. I końcu przychodzi ten moment, kiedy wreszcie sięgamy po taką lekturę. Nastąpić wtedy może albo rozczarowanie zawiedzionymi oczekiwaniami, albo zachwyt, gdy otrzymamy coś, co idealnie wpisuje się w nasz gust, czy też wręcz przekracza nasze wyobrażenia o danym utworze.
Małe kobietki to dla mnie właśnie jedna z takich lektur; klasyka, która w końcu doczekała się mojej uwagi i skradła moje serce. Żałuję, że nie poznałam tej powieści wcześniej, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie tylko bowiem z radością przeczytałam piękne ilustrowane wydanie, które ukazało się nakładem wydawnictwa MG, ale też obejrzałam świetną filmową adaptację z 1994 roku, planuję sięgnąć po inne książki Louisy May Alcott i obejrzeć najnowszą ekranizację z udziałem  m.in. Meryl Streep;  premiera tuż niedługo, bo w okresie świąteczno-noworocznym.

 Akcja tej, opartej w dużej mierze na wątkach autobiograficznych,  powieści rozgrywa się w Ameryce w latach 60. XIX, w czasach wojny secesyjnej. Tytułowe "małe kobietki" to cztery siostry March, dziewczęta mocno z sobą zżyte, zaprzyjaźnione, ale o bardzo różnych charakterach i osobowościach.
Najstarsza, Meg ( Margaret, 16 l.) - jest miła i grzeczna,  piękna, ale nieco próżna, tęskni za życiem w luksusach , jakie pamięta z dawnych lat, jednocześnie bardzo szlachetna, pracowita, mądra, dobra, oddana. Jo ( 15 l.) - typowa chłopczyca, skłonna do żartów i psot, rezolutna, utalentowana literacko i aktorsko, pomysłowa, szczera, nieco 'zwariowana', ale ma serce na dłoni i potrafi niesamowicie zaangażować się w działania, na których jej zależy. Beth (13 l.) to niezwykle cicha, nieśmiała, wrażliwa, nieufna dziewczynka, utalentowana muzycznie, pięknie gra na fortepianie, bardzo obowiązkowa, dokładna, troskliwa, pełna dobroci  i miłosierdzia. Najmłodsza Amy ( 12 l) - urocza, uparta, dość samolubna, nieco naiwna, pięknie rysuje i zabawnie przekręca trudne słowa.
Dziewczyny uczą się, pracują,  wypełniają (choć nie zawsze chętnie) domowe obowiązki, zajmują się szyciem, robótkami,  dużo czytają, urządzają teatrzyki, prowadzą własny "Klub Pickwicka" z własną "gazetą". Ich przyjacielem i towarzyszem zabaw zostaje Laurie, wnuk bogatego sąsiada, przemiły, wartościowy chłopak.
Pani March dla córek jest wzorem i powiernicą,  kocha je i wspiera , pozwala rozwijać talenty, mądrze je wychowuje, czasem stosując sprytne "podstępy", szanuje ich wybory, pozwala uczyć się na błędach, przekazuje cenne wskazówki.   Uczy je, aby w życiu  kierowały się  dobrocią i miłością, a nie bogactwem i modą oraz doceniały to, co mają. Ojciec - walczył na wojnie, został ranny i dlatego długo nie wraca, jego powrót jest świętem dla stęsknionych dzieci; nie jest z niego żaden mądrala ani despota, lecz mądry, ciepły, kochający tata dumny ze swych córek, które mobilizuje do "pokonania wewnętrznego wroga", czyli do pracy nad swoimi słabościami.
Rodzina March, wskutek niefortunnych wydarzeń, utraciła swój majątek, ale nadal jest jedną z najbardziej szanowanych w okolicy. Przyświecają im szlachetność, honor, wzajemny szacunek i życzliwość, okazywana bliźnim pomoc i dobroć. Obraz tej rodziny jest mocno wyidealizowany, przesycony najlepszymi uczuciami, ukazany w kontraście do ciotki, której bogactwo jest niczym w porównaniu do tego, co mają skromnie żyjący państwo March. A mają siebie nawzajem, wspierają się, wiodą ciekawe życie, w sumie są naprawdę szczęśliwi. Rodzice nie planują wydać córek za mąż za tzw. "dobre partie", owszem, życzą im jak najlepiej, ale chcą przede wszystkim, aby były szczęśliwymi i dobrymi ludźmi, spełniającymi się w swoich pasjach, talentach.

Małe kobietki to powieść pensjonarska i moralizatorska, ale nie schematyczna; tu autorka stawia na niezależność i samodzielność kobiecych postaci, choć nie brakuje romantycznych akcentów - nie ukrywajmy: oczekiwanych i lubianych przez czytelniczki, niezależnie od epoki.
To opowieść  o dorastaniu, pracy nad sobą, pokonywaniu słabości, kształtowaniu charakteru. Głosi wartości takie jak praca,  rodzina, przyjaźń, miłość, dobroć, uczciwość, szlachetność, pomoc. Zdecydowanie podkreśla rolę  przymiotów duchowych ważniejszych od rzeczy materialnych. Przesłanie wydaje się jasne, a propagowane wartości  są wiecznie aktualne i ważne - tym bardziej współcześnie, w zdominowanym przez konsumpcjonizm i bylejakość XXI wieku.
Akcja w sumie nie jest porywająca, zbyt wiele się nie dzieje, ale za to ma swój nieodparty urok, pięknie opisane są realia, ubiory, posiłki, zajęcia, listy, bale, pikniki, wspólne śpiewanie, zabawy, psoty itp. Obecne są w życiu bohaterów  zarówno  przyjemne i zabawne sceny, jak i  trudne, smutne, wzruszające momenty. Książka wpisuje się także w klimat Bożego Narodzenia, od tych świąt zaczyna się bowiem opowieść i zatacza krąg obejmując rok z życia bohaterów.
Dzięki fabule można odbyć wspaniałą podróż w przeszłość, do czasów trudniejszych, ale jakby piękniejszych. Chciałoby się tam być, spędzać czas z pannami March i Lauriem, razem z nimi przeżywać ich perypetie i problemy.. Żal się z nimi rozstawać.  Autorka zostawiła bohaterów w sielankowym momencie i spuściła kurtynę. Kurtuazyjnie pytając: "Czy podniesiemy ją znowu, by śledzić dalsze losy Meg, Jo, Beth i Amy? To będzie zależało od zainteresowania czytelników pierwszym aktem dramatu rodzinnego pod tytułem Małe kobietki." I to zainteresowanie najwyraźniej było, bo zaowocowało kolejnymi tomami i nadal trwa, o czym świadczą kolejne wydania książek i kolejne ekranizacje. Tu warto zaznaczyć, że filmowe wersje obejmują znacznie  dłuższy okres dziejów bohaterów niż sama książka  Małe kobietki - to w sumie zaledwie pierwsza część.

Ta powieść ma swój wyjątkowy  staroświecki urok i uniwersalną wymowę. Nie wyobrażam sobie nie uwzględnić jej w literackim kanonie i nie poznać, nieważne czy w wieku nastoletnim, czy dojrzałym. Lektura na każdym etapie może przynieść wiele dobrego. Mam nadzieję, że wydawnictwo MG nie poprzestanie na tym pięknie ilustrowanym tomie z rycinami Franka Thayera Merrilla, w przekładzie Anny Bańkowskiej i wkrótce pozwoli czytelnikom cieszyć oczy i serca drugą częścią pt. Dobre żony oraz pozostałymi książkami Louisy May Alcott.


Wydawnictwo MG 2019


wtorek, 22 października 2019

"Matki i córki" Ałbena Grabowska



Piękna okładka, prawda? Nie ma róży bez kolców. Nie ma także róży bez korzeni. Przeszłość, choć tak ważna, bywa jednak ciężarem, który znacząco  wpływa na funkcjonowanie w teraźniejszości i rzutuje na przyszłość. Przekonała się o tym dość boleśnie Lila, która starała się za wszelką cenę poznać rodzinne tajemnice, pokonać przeszkodę niedomówień, kłamstw, fałszywych wspomnień. Historia prababki, babki, matki i córki, opowiedziana przez autorkę Stulecia Winnych, jest dramatyczna, sugestywna, przejmująca do szpiku kości, emocjonująca, niebanalna i zaskakująca. I domagam się osobnego kręgu piekła dla tych, którzy pisząc opinię o tej powieści, wyjawią kluczowe informacje, zdradzą przedwcześnie tajemnice bohaterek. Nie można tych emocji i  poczucia trzymania w napięciu odbierać czytelnikom.(...)

Lektura pasuje do październikowego zadania  "Pod hasłem" - zapraszam do zabawy

"Morderca na plebanii" K. Morawiecka





Kryminał z poczuciem humoru? Lubię to!
Tym razem i czytałam i słuchałam, w zależności od możliwości ;-)
Recenzja:
http://zycieipasje.net/2019/10/14/poczytaj-mi-na-ucho-morderca-na-plebanii-karolina-morawiecka-recenzja-audiobooka/
Lektura wpasowała się idealnie do październikowego zadania "Pod hasłem"


środa, 9 października 2019

Jest, jest... "Nie ma" - recenzja audiobooka

Łącząc przyjemne z pożytecznym wysłuchałam audiobooka z książką Mariusza Szczygła. Cieszy mnie niezmiernie fakt, iż autor został uhonorowany Literacką Nagrodą Nike oraz Nagrodą Czytelników.
Spotkałam się z różnymi opiniami na temat zbioru "Nie ma", dla mnie była to ciekawa i zaskakująca  swą różnorodnością publikacja.  Lektorzy spisali się na medal.
Oto link do mojej recenzji:

http://zycieipasje.net/2019/10/07/poczytaj-mi-na-ucho-nie-ma-mariusz-szczygiel-recenzja-audiobooka/

Lektura "na ucho" wpisuje się w październikową Trójkę E-pik
.
Kategorie:
imienniczka (autorka/główna bohaterka o takim samym imieniu, jak moje)
 tajemnica/zagadka w tytule 
tytuł zawierający "nie" (nie tylko jako zaprzeczenie, ale też cząstka wyrazu)

Storybox.pl 2019

wtorek, 24 września 2019

"Śledztwo na cztery ręce" Agatha Christie

Wyd. Hachette 2002 r.
Po trzech latach przerwy postanowiłam znów wziąć udział w wyzwaniu czytelniczym "Wrzesień z Agathą Christie".
Niczym "córka marnotrawna" powracam  do klasyki kryminału w mistrzowskim wykonaniu. Tak się składa, że ostatnio czytałam sporo polskich powieści kryminalnych, przeważnie w duchu komediowym. Nie zawsze były to udane spotkania, ale trafiłam też na takie książki, które dostarczyły mi odpowiedniej rozrywki i pozwoliły określić czytelniczą ścieżkę, którą zamierzam podążać. Co jakiś czas warto jednak wracać do źródeł, do "starych, ale jarych" powieści, do sprawdzonych autorów.
Gdy czuję przesyt współczesnych "czytadeł", sięgam po twórczość Dostojewskiego, zaś z kryminalnej półki wybieram Christie. Właśnie przyszedł czas, by znów podążyć tropem Agathy....

Tę książkę wybrałam dość przypadkowo spośród licznych tomów w bibliotece, szukając tytułu z dwuznakiem, bo akurat takiego potrzebowałam do innego wyzwania. "Śledztwo na cztery ręce" zawiera aż dwa dwuznaki, pasowało więc idealnie, a do tego spodobał mi się pies w okularach na okładce. Niezłe kryteria wyboru, prawda?

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to nie powieść a zbiór kilkunastu opowiadań połączonych ramą fabularną i osobami głównych bohaterów, co więcej, nie występuje tu ani Herkules Poirot, ani panna Marple! Poczułam się nieco zdezorientowana. Nie wiedziałam, że oprócz serii z wymienionymi postaciami (i poza powieściami obyczajowymi  wydanymi pod pseudonimem Mery Westmacott) Agatha Christie napisała także utwory o Tuppence i Tommym Beresfordach, czy - jak potem sprawdziłam - jeszcze innymi bohaterami ( np. Parker Pyne). Teraz już wiem, a po lekturze tego tomu wiem też, że raczej wolę trzymać się utartych szlaków.

Tuppence i Tommy Beresfordowie są uroczą parą, dobraną pod każdym względem, świetnie się dogadują, mogą zawsze na siebie liczyć. Ich dialogi nie obywają się bez drobnych złośliwości, ale też skrzą się inteligencją i humorem. Znudzona rutyną domowych obowiązków i życia towarzyskiego Tuppence marzy o tym, aby coś się wydarzyło, tęskni za przygodami i niebezpieczeństwami, jakie wspólnie przeżyli. Jej mąż obecnie nadal pracuje w służbach specjalnych, ale na stanowisku czysto biurowym.
Jak z nieba zatem spada Beresfordom zlecenie poprowadzenia Międzynarodowej Agencji Detektywistycznej Teodora Blunta. To niby ma być przykrywka dla pewnych działań związanych z rozpracowywaniem rosyjskich szpiegów, ale poza tym małżeństwo ma wolną rękę w przyjmowaniu zleceń i prowadzeniu śledztw.

To było wprost przezabawne jak Beresfordowie wczuwali się w swoje role, jak urządzili  swoje biuro, jak udawali, że jako "błyskotliwi detektywi Blunta" mają mnóstwo pilnej pracy i ważnych spotkań, podpatrywali interesantów zatrzymywanych przez rezolutnego Alberta na recepcji. Trochę zachowywali się jak dzieci bawiące się w detektywów. Przy tym odnosili się do zgromadzonych na półce kryminałów i naśladowali ich bohaterów, przyjmując ich styl zachowania i sposób prowadzenia spraw.
Tomy i Tuppence jako detektywi-amatorzy okazali się jednak bezbłędni i rozwiązali szereg różnorodnych zagadek, od kradzieży przez fałszywe alibi po morderstwa. Nie sposób ich  nie polubić: bystrzy, inteligentni, zabawni, sprytni, charyzmatyczni. Trochę zwariowani w pozytywnym znaczeniu. Spostrzegawczość, umiejętność logicznego myślenia i dedukcji, odwaga i otwartość to cechy, które znakomicie przydały się im w pracy, która też była dla nich w pewnym sensie zabawą, życiowym wyzwaniem. Tuppence niejednokrotnie wykorzystywała swoje 'kobiece sztuczki': jej wiedza z dziedziny mody, czy znajomość plotek, towarzyskich układów i koneksji bardzo się przydawała.  Trzeba przyznać, że obydwoje uzupełniali się nawzajem, tworząc świetną parę  jako detektywi i małżeństwo.

Opowiadania, raczej dość krótkie, często zajmujące dwa rozdziały wydawały mi się idealne do publikowania w prasie. Nie pomyliłam się, bowiem sprawdziłam i owszem, w latach 1923-28 ukazywały się w brytyjskich czasopismach, dopiero w 1929 roku wydano je w formie książki, z tym, że autorka dokonała niezbędnych zmian (układ, tytuły, drobne poprawki) tak, by całość była spójna. W trakcie lektury pomyślałam także, że to mógłby być niezły serial. I proszę! Dowiedziałam się, że  nakręcono taki w 2015 roku, na podstawie cyklu o perypetiach Beresfordów. Jest też film z 2008 roku, w którym - sadząc z opisu - opowiedziana jest całkiem inna historia na podstawie książek A. Christie a pan Beresford dostał na imię Belisaire(!).

"Śledztwo na cztery ręce" ("Partners in Crime") czyta się lekko, przyjemnie, z uśmiechem, z mniejszym lub większym zaangażowaniem w kolejne detektywistyczne zagadki. Sporo tu dzieje się bez udziału czytelnika, mamy podane rozwiązania, a wcześniej nie znaliśmy pewnych faktów. Sporo zbiegów okoliczności, schematów, niektóre intrygi są dość przewidywalne. Nie można jednak odmówić uroku ani opowiadaniom ani bohaterom.  Śmiem twierdzić, że w tym przypadku Agatha Christie bardziej skłaniała się ku komedii niż typowym kryminałom i coraz bardziej rozumiem współczesne próby pisania "kryminałów na wesoło". To naprawdę sztuka, choć nie każdemu się udaje. Jakby co, to autorzy mogą się uczyć od mistrzyni.

Nie sądzę, aby to była jedna z najlepszych książek Agathy Christie, ale też nie uważam lektury za stratę czasu. Nie każdemu "Śledztwo na cztery ręce" przypadnie do gustu, z racji  swojej specyfiki i kreacji bohaterów. Warto jednak poznać tę nieco inną odsłonę twórczości Christie, zwłaszcza, gdy znało się dotąd tylko Marple i Poirota ;-) . Osobiście nie narzekam.




Moja lista blogów